Ekstremalnie przez Himalaje

Kolejne dni w Indyjskich Himalajach postanowiliśmy spędzić równie intensywnie. Już pierwszego dnia po przylocie do Leh zorganizowaliśmy “atrakcje” na czas pobytu – znaleźliśmy człowieka (nie trudno o takie osoby w Leh), który za odpowiednią opłatą pomógł nam wynająć rowery i motycykle, zapisać się na rafting po jednej z himalajskich rzek, a także wynająć dżipa do zwiedzenia bardziej odległych od Leh okolic. Mogliśmy zakupić u niego bilety na drogę powrotną z Leh. Manager (tak go między sobą nazywaliśmy) pomógł nam też z ogarnięciem PERMITÓW – pozwoleń do przemieszczania się po Himalajach, które musieliśmy mieć zawsze ze sobą i pokazywać je sprawdzającemu wojsku. Być może (gdyby się uprzeć) przez dwa dni  solidnego rozeznania w Leh, udałoby nam się po nieco niższej cenie zaklepać te wszystkie rzeczy, ale nie mieliśmy na to ani czasu ani ochoty, byliśmy szczęśliwi, że udało się tak sprawnie i to prawie przy samym hotelu w ciągu godziny obgadać szczegóły wszystkich atrakcji. Było parę stresujących sytuacji, ale ostatecznie, jeśli ktoś z Was wybierałby się do Leh, polecam tego pana, którego biuro znajdziecie na mapce poniżej (niestety nie pamiętam jak się nazywał).

 

mapka Leh
poglądowa mapka ważnych miejsc do życia (spanie, jedzenie, adrenalina) w Leh

 

 

A tymczasem…

Jest 6:50, wstajemy pospiesznie, o 7 mamy zaplanowane śniadanie, oczywiście w “naszej” restauracji, którą specjalnie dla nas otwierają godzinę wcześniej. Po bardzo, bardzo pysznym śniadaniu i trzech wypitych czarnych herbatach, czekamy na auto, które ma nas zabrać do miejsca ZERO.

Jest autko, ale takie małe… Musimy siedzieć po trzy osoby w jednym rzędzie z tyłu i trzy osoby naprzeciwko. Jest tak ciasno, że stykamy się kolanami.Ale mimo takich przestrzennych niedogodności i “lekkiego” stresu przed tym nieznanym co nas czeka, nie brakuje nam dobrego humoru. 

Kierowca zatrzymuje się przy małej rozpadającej się chatce, każe nam wysiąść. Znajdują się tam dwa duże pontony. To tutaj przebieramy się w używane pianki i buty do wody.

Panowie z obsługi mocują duży, niebieski ponton do dachu auta, do środka wrzucają wiosła oraz jednoosobowy kajak. Wsiadamy do tego samego ciasnego autka i ruszamy dalej. Z lewej strony w dole doliny widzimy rwącą rzekę, szerokie koryto, szalony nurt. To rzeka Zanskar, po której już za chwilę będziemy płynąć. Oby całą trasę w pontonie! Przerażenie maluje się w moich oczach ku lekkiemu rozbawieniu reszty towarzystwa.

Jesteśmy na miejscu. Ponton został zniesiony nad rzekę po stromym kamienistym zboczu. Zakładamy kaski i kapoki (mój kapok sznuruję tak mocno, że ledwo mogę oddychać, ale nie chcę zgubić kamizelki w razie wpadnięcia do wody).

Ku mojemu jeszcze większemu przerażeniu, każdy z nas otrzymuje po krótkim wiosełku.

Schodzimy na dół do pontona i siadamy na płaskich kamieniach. Jeden z obecnych z nami tam panów z obsługi przeprowadza szybkie szkolenie, informuje nas jak się zachować w razie wpadnięcia do WODY!!! oraz jak wiosłować i jakich komend możemy się spodziewać podczas spływu. Jestem przerażona! Kiedy Hindus wyjaśnił, że podczas całego raftingu będziemy siedzieć na burcie pontonu, wychyleni w stronę wody, układam w myślach co powiem reszcie ekipy, żeby tylko nie płynąć.

Ale kolejne wydarzenia dzieją się tak szybko, ani się obejrzałam, a już siedzę w pontonie, trzymam wiosło. Zostajemy odepchnięci od brzegu. I dzida w dół rzeki!

Zaczyna się zabawa (czytaj: walka z rwącą brunatną himalajską rzeką Zanskar). Nie minęły chyba 3 minuty, a my juz pokonujemy pierwszą poważną przeszkodę – wodospad! My dziewczyny głośno krzyczymy, ponton skacze po rzece, woda pryska na wszystkie strony. O dziwo, zaczęło mi się to podobać, choć w dalszym ciągu boję się, że wpadnę do tej mętnej rzeki i żadna z usłyszanych wcześniej technik ratowania nie zadziała w moim przypadku.

Nasza wodna przygoda nabiera tempa. Coraz sprawniej reagujemy na komendy dowódcy pontonu, coraz sprawniej też idzie nam z synchronizacją wiosłowania. Taki rafting to doskonała praca grupowa. Mamy (nawet ja!) coraz więcej frajdy z tej mokrej przygody. Czasem płyniemy zgodnie z nurtem rzeki bez wiosłowania i podziwiamy olśniewające himalajskie góry, by zaraz rozpędzić ponton wiosłami i przeskakiwać przez fale i nierówności na wodzie. Było parę takich sytuacji, że byłam pewna, że ponton przewraca się i zaraz nas przygniecie, ale na szczęście to tylko moja wyobraźnia wyolbrzymiała otaczające nas fale.

Do przepłynięcia mamy 28km. Po zrobieniu ponad połowy zaplanowanej trasy, cumujemy przy kamiennym brzegu i w przydrożnej kantynie popijamy czaj, czyli specjalną indyjską herbatę z mlekiem, cukrem i tylko gotującym ją paniom znanymi przyprawami. Wracamy do pontonu nieco zmarznięci i płyniemy dalej, wyczekując kolejnych rzecznych przeszkód. Piszczymy, śmiejemy się, krzyczymy, nawet śpiewamy.

Dotarliśmy do mety! Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo, bardzo zadowoleni. Przebieramy się w suche ciuszki na środku drogi, wsiadamy już do dobrze nam znanego ciasnego grata i jedziemy na przysługujący nam posiłek. Jak zwykle indyjskie jedzonko nie zawiodło nikogo.

 

Niestety nie mam ani jednego zdjęcia z raftingu po rzece Zanskar. Nikt z nas nie wierzył, że uda nam się przepłynąć całą trasę w pontonie, dlatego aparaty i telefony zostawiliśmy bezpieczne i suche w hotelu.

 

A potem wracamy do Leh. Auto już ledwo daje radę, nie dość, że teraz droga wiedzie pod górę, to my na dodatek jesteśmy w pełnymi brzuchami. Po drodze zatrzymujemy się w punkcie Magnetic Hill, (tajemncze miejsce, gdzie auto z wyłączonym silnikiem jedzie pod górę z prędkością od 5 do 20 km/h). Nasz kierowca chyba nie ma pojęcia o tym zjawisku, bo zostawia samochód co prawda z wyłączonym silnikiem, ale nie w tym miejscu co trzeba, dlatego nie sprawdziliśmy osobiście czy działa tutaj “magnetic”. Widoki są niezwykłe. Siadamy nawet na środku drogi, podziwiamy otaczające nas góry i robimy sobie zdjęcia. To takie miejsce, że nawet jak zamknę oczy za rok, gdziekolwiek będę, przed oczami pojawią się TE góry.

 

Tutaj zobaczycie na czym polega tajemnica Magnetic Hill, a tutaj możecie coś więcej przeczytać.

A poniżej jeszcze kilka słów wyjaśnienia do mapki:

 

mapka Leh
jeszcze raz ta sama mapka Leh

 

Hotel w Leh, w którym się zatrzymaliśmy to Hotel Bimla. Cena – 300 rupii za noc za osobę. Hotel czystością nie grzeszył, ale była woda pod prysznicem (prawie zawsze ciepła) i w toalecie (nie wszędzie w Indiach tak jest) i uwaga, było wifi, czasem nawet w miarę działające. Obsługa hotelu (starsza Tybetanka i jej wnuk) bardzo, bardzo słabo mówi po angielsku, na wszystko o co pytaliśmy odpowiadali kiwaniem głowy i szerokim uśmiechem. Mimo tego jakoś się dogadywaliśmy. Zostawialiśmy czasem większe bagaże na noc w hotelu, nie musieliśmy płacić za takie przechowanie.

Jesli przylatujecie do Indii na dłużej, warto zakupić indyjską kartę sim. Nie robi się tego jak u nas, jest trochę więcej biurokracji, ale też nie tyle, ile czytałam w internecie przed wizytą w tym kraju (wcale nie trzeba czekać kilku dni na zatwierdzenie). Już na lotnisku w Delhi zakupiłam kartę po okazaniu paszportu (pan z obsługi go skserował), kartę sim dostałam od razu, ale miała zacząć działać dopiero po dwóch kolejnych dniach. Przez to, że leciałam prosto do Leh w Himalajach, zasięgu nie było tam wcale (żadna polska sieć nie działała przez cały pobyt w Ladakhu, indyjski numer zakupiony na lotnisku w Delhi też nie działał na takich wysokościach). Mieszkańcy Leh polecili zakupienie w Leh innej karty, która zapewnia sieć komórkową na takich wysokościach. Ale nie zrobiłam tego, byłam “odcięta od świata” – poza wi-fi sporadycznie łapanym w hotelu albo restauracjach.

Restauracja Happy World – czego byście nie zamówili, jedzenie będzie z pewnością świeże i pyszne! Jadałam tam czasem trzy razy dziennie, nigdy mnie nie zawiedli. Najbardziej polecam pierożki Momo! Już nigdy więcej nigdzie aż tak pysznych nie trafiłam. Co prawda to danie kuchni Tybetańskiej, ale Leh bliżej do Tybetu niż do Indii. Koniecznie spróbujcie momo! Poza tym, cokolwiek innego zamówicie (indyjskie ale i europejskie) – nie pożałujecie. I jest mięso, dużo mięsa, o co im bardziej na południe tym trudniej. Obsługa restauracji mówi dobrze po angielsku, byli bardzo pomocni, kiedy zaszła taka potrzeba otworzyli specjalnie dla nas restaurację o godzinę wcześniej.

 

A kolejny dzień w Himalajach wyglądał tak…

 

Wstajemy przed 7, pakujemy ostatnie rzeczy, opuszczamy Leh na trzy noce. W małych plecakach mamy najcieplejsze rzeczy jakie zabraliśmy do Indii, bo nad jeziorem Pangong temperatura w nocy może spaść nawet poniżej 0. Plecaki i kanistry mocujemy do motocykli używając różowej tasiemki.

Nawet w Leh się ochłodziło, dygoczemy z zimna. Do przejechania nad jezioro mamy 160km, niby nie dużo, ale górskimi nierównymi drogami zajmie nam to około 6h. Ruszamy!

Na drogach Ladakhu panuje już spory ruch, musimy przeciskać się między trąbiącymi samochodami, innymi motorami, pieszymi i oczywiście krowami. 

Najpierw mkniemy asfaltową dwupasmową drogą, potem węższą z coraz większą ilością zakrętów. Musimy uważać na wyprzedzające samochody. Trochę czasu minęło zanim załapujemy o co chodzi w tym indyjskim wyprzedzaniu. Zamiast kierunkowskazów tutaj używa się głośnych klaksonów, czasem do pomocy wystawioną rękę.

 

dav
niezawodne motory Royal Enfield

 

Zatrzymujemy się co jakiś czas, a to by założyć na siebie jeszcze jedną warstwę, a to by poprawić mocowania plecaków i kanistrów. Widocznie zbyt słabo przypięliśmy kanistry, bo nie ujeżdżamy daleko, a jeden z nich spada, robi się w nim dziura i wycieka paliwo. Ale nasza dzielna ekipa ratuje sytuację, robi lejek z butelki wyproszonej u przejeżdżającego auta i przelewa większą część benzyny do czterech baków. Wsiadamy na maszyny i mkniemy dalej przed siebie.

Jest nam coraz bardziej zimno, głównie przez to, że jesteśmy przemoczeni od nielitującego się nad nami deszczu. No dodatek droga przestała być asfaltowa i zamieniła się w nierówną powłokę pełną dziur. Jedziemy też coraz wyżej, przez co temperatura powietrza spada, nie pomagając nam przestać trząść zębami. Na domiar złego najkrótsza droga nad Pangong jest zamknięta z powodu REMONTU! i musimy jechać objazdem. Nawigacja pokazuje nam, że do jeziora zostało nam aż 170km…

Jesteśmy na wysokości ponad 4500 m n.p.m., do pokonania mamy coraz bardziej kręte i strome podjazdy. Dwa razy zakręt jest tak trudny do podjechania, że motor na którym jadę (oczywiście jako pasażer) poddaje się i przewraca na nas.

Zaczyna sypać śnieg… I ciężko w to uwierzyć, ale rozpętuje się burza, między nami a górami uderzają pioruny. Dygoczemy z zimna, mamy na sobie całą zawartość plecaków, jesteśmy przemoczeni, wycieńczeni i przestraszeni. Droga pnie się w górę, gdzie jest jeszcze więcej śniegu i jeszcze chłodniej. Zatrzymujemy nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, pytamy jak daleko jest stąd do najbliższej wioski. Odpowiedź dołuje nas jeszcze bardziej – 25km. Nie damy rady pokonać jeszcze takiej odległości w tak trudnych warunkach.

Po krótkiej naradzie, decydujemy zawrócić do Leh. Bardzo ostrożnie zjeżdżamy po zaśnieżonej drodze. Na szczęście im jesteśmy niżej, tym robi się cieplej i co najważniejsze, przestaje sypać śnieg. 

 

IMG_0343
na szczęście bezpiecznie przebrnęliśmy przez burzę śnieżną

 

Cieszymy się, że bezpiecznie docieramy do “domu”, z przyjemnością pozbywamy się kasków, motorów, a przede wszystkim mokrych ubrań. Jest nam przykro, że nie dotarliśmy nad Pangong. Ale chyba postąpiliśmy słusznie, nie wiadomo, czy wybierając trasę jeszcze wyżej w góry w burzy śnieżnej, kiedykolwiek dotarlibyśmy gdziekolwiek. 

Przy wieczornej naradzie ustalamy, że nie poddajemy się z jeziorem, pojedziemy tam jutro, ale dzipem i z wynajętym kierowcą.

 

Jezioro Pangong – himalajskie jezioro położone na granicy indysjko-chińskiej o długości 134km. Przeglądałam mnóstwo zdjęć tego jeziora i bardzo chciałam sprawdzić, jak wygląda ta turkusowa woda na żywo. Jezioro Pangong – dla którego zdecydowałam się polecieć do Indii.Po pierwszym dniu niepowodzenia w dotarciu nad to jezioro, przyszła kolej na próbę numer dwa…

 

Wstajemy chwilę po 7. Tak samo jak wczoraj, małe plecaki pakujemy nad jezioro, idziemy do biura managera, gdzie mamy czekać na samochód i kierowcę. Kierowca już jest, małomówny i ciągle żuje gumę. Nigdzie nie ma managera. Kilka minut po 8 podjeżdża “naszym” autem, zamiast dzipa, mamy toyotę, która jest taksówką. Pakujemy się do auta, narzekamy, że ciasno.

Na początku jedziemy przez znane już nam himalajskie tereny. Potem kierowca odbija w prawo i zaczyna się prawdziwa trzęsawka. Musimy uważać, żeby na dziurach nie nabić sobie guza uderzając głową o sufit auta.

Część trasy przebiega przez Chang La – drugą najwyżej położoną na świecie przejezdna przełęcz (prawie 5500 m n.p.m.). Trasa jest tak malownicza, że nie możemy oderwać nosa od szyby. Oczywiście nie opuszczamy krętych nierównych górskich dróg nad stromymi przepaściami. Nasz kierowca zdaje się nie dostrzegać wysokości, na której się znajdujemy i pędzi z prędkością 70km/h, co według nas jest skrajnym szaleństwem. Wyprzedzamy wszystkie możliwe spotkane na drodze pojazdy. Kierowca upodobał sobie wyprzedzanie zwłaszcza dużych ciężarówek TATA, zbliżając się nie raz na centymetry do niebezpiecznej krawędzi.

 

 

dav
Chang La – prawie brakło nam tchu – ze względu na wysokość, ale i spaliny

 

Ale mimo całego stresu zafundowanego przez szalonego Hindusa w ciemnych okularach, mogę szczerze stwierdzić, że jest to najbardziej malownicza trasa, po której dane mi było w życiu podróżować. Krajobraz zmienia się co chwilę, raz jedziemy wśród gołych skał, czasem tunelem jakby wydrążonym w kawałku góry, czasem przez doliny porośnięte niezwykle zieloną trawą, na której pasą się stada krów, kóz i jaków. Pangong Lake Road – tak się nazywa ta bajeczna droga. 

 

IMG_0475
takie widoki zrekompensowały stres związany z przejazdem przez przełęcz
IMG_0415
ta wstążka to droga, na której wyprzedzają się nawet dwie wielkie ciężarówki
IMG_0391
niezapomniane górskie widoki
dav
himalajska dolina z pasącymi się jakami
DSC_5682
jak przyłapany z bliska

 

Docieramy nad jezioro. Wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Turkusowy kolor idealnie czystej wody kontrastuje z czerwonawymi skałami otaczającymi jezioro. Robimy tutaj mnóstwo zdjęć, ale żadno z nich nie jest w stanie oddać w stu procentach tego, co widzą nasze oczy.

 

IMG_0653
Pangong Lake
IMG_0619
w takich namiotach spędziliśmy noc – temperatura spadła w nocy poniżej zera
IMG_0618
naprawdę niezapomniane widoki
IMG_0534
jezioro zmienia kolor wody kilkakrotnie w ciągu dnia
IMG_0604
żeńska część indyjskiej wyprawy podczas rozgrzewki
IMG_0499
to wcale nie fotomontaż – jezioro na żywo wygląda jeszcze lepiej!
IMG_0483
jeszcze jedno zdjęcie tego cudnego himalajskiego jeziora

 

Jest już po sezonie, tylko nieliczne miejsca noclegowe są jeszcze otwarte. W jednym z nich targujemy najkorzystniejszą dla nas cenę. Noc nad jeziorem Pangong spędzimy w namiotach! Są to olbrzymie namioty, w każdym z nich znajduje się dwuosobowe łóżko z prawie czystą pościelą i ciepłymi kocami oraz mała łazienka z umywalką i toaletą, jest nawet mydło i papier toaletowy. Na podłodze w sypialnej części wyłożona jest wykładzina. Czysta!

Zostawiamy bagaże i oczywiście pędzimy nad to przecudne turkusowe jezioro, żeby załapać się na zachód słońca.

 

DSC_5647
na wysokości 4200 m n.p.m. nawet gwiazdy są na wyciągnięcie ręki
DSC_5659
wschód słońca nad jeziorem Pangong

 

Znajdujemy się niedaleko granicy z Chinami 4200 m n.p.m. Przez to, że jeszcze nie spaliśmy na takiej wysokości, nasze organizmy różnie reagują. Jedni z nas mieli halucynacje, prawie wszystkich bardzo bolała głowa, a mi przez całą noc wydawało się, że się duszę. Ale poza tym wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się wreszcie dotrzeć nad przepiękne jezioro, i że mogliśmy spróbować czegoś zupełnie nowego i spędzić noc prawie pod gołym niebem tutaj, w Himalajach.

Chciałam wstać na wschód słońca, ale że było zimno jak tylko wychyliłam nawet koniec palca spod ciepłego śpiwora, że postanowiłam odpuścić. Trzech odważnych wybrało się, by sfotografować rozpoczęcie nowego dnia, zauważyli zamarznięte kałuże.

Jest godzina 9, zwlekam się z łóżka po prawie 14h spania. Po szybkim “umyciu się” w warunkach polowych, idziemy znowu nad jezioro, które o poranku wita nas kolejnym odcieniem niebieskiego. Kilka fotek, krótki spacer po okolicy i wracamy do Leh…

 

hdr
Pangong Lake – to jedno z tych miejsc, których nigdy nie zapomnę
DSC_5274
tak samo jak i innych himalajskich obrazów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s