Amritsar – pomijane indyjskie miasto

 

Wszystkie poprzednie wpisy z mojej wyprawy po Indiach dotyczyły podróży po indyjskich Himalajach. Jak ostatnio czytaliście tutaj, pożegnałam się z Leh i Himalajami (mam nadzieję, że nie na zawsze) i udałam się autobusem do Amritsar.

Amritsar nie należy do najpopularniejszych indyjskich miast. A szkoda! Złota Świątynia, klimat panujący wokół i muzyka rozlegająca się nieprzerwanie z głośników, a nawet ludzie tam przebywający, sprawili, że za każdym razem wracając pamięcią do mojej podróży do Indii, przypominam sobie to miejsce nie rzadziej niż sam Taj Mahal.

W Amritsar jest lotnisko – lotów bezpośrednio z Polski niestety na chwilę obecną brak, ale można dolecieć na przykład do New Delhi i stamtąd lotem krajowym do Amritsar. Można też dotrzeć do miasta koleją chociażby z Jaipur czy Mumbaju (samolotem szybciej, łatwiej i bardziej komfortowo). Zwykle jednak nikt nie wybiera się do Indii tylko z powodu Amritsar, ale innych bardziej znanych miast. Mimo tego warto nadrobić kilometrów, żeby pobyć w tym niezwykłym mieście chociaż jedną dobę.

 

A zaczęło się tak…

 

Za oknem inne Indie niż te poznane już w Ladakh. Tutaj śmieci i brud, będzie to teraz naszą codziennością. Z okien autobusu patrzę na zmieniający się świat... Około 11 docieramy do Amritsar. Poruszenie następuje już w autobusie gdy zbliżamy się do końcowej stacji, a to z powodu olbrzymiej ilości riksz, które oglądamy chyba po raz pierwszy w życiu, a już na pewno w takiej liczbie. Riksze, skutery, motory, samochody, ludzie i zwierzęta – wszystko na jednej ulicy poruszające się niekoniecznie w jednym kierunku. Wokół nas panuje niewyobrażalny chaos. Jesteśmy w szoku, chcemy już wyrwać się z autobusu, żeby też uczestniczyć w tym indyjskim kramie.

Po raz pierwszy zderzamy się z panującym na zewnątrz gorącym powietrzem. Jeszcze nie zdążyliśmy odebrać swoich plecaków z części bagażowej, a już wokół nas stoi grupa lokalnych mieszkańców z ofertą podwózki. Po chwili targowania udaje nam się uzyskać dobrą cenę za rikszę (właściwie to autorikszę). Nasze plecaki kierowca umieszcza na jej dachu. A my patrzymy zdziwieni na rikszę, powątpiewając, że uda nam się zmieścić w środku w siódemkę plus kierowca.

Pierwsza przejażdżka rikszą po zatłoczonych do granic możliwości indyjskich uliczkach jest pełna emocji i kupy śmiechu. Uśmiechem odpowiadamy też machającym nam ludziom, których mijamy. Chyba w tym mieście niezbyt często goszczą biali ludzie, skoro taką sensację wywołuje jedna riksza z siódemką białoskórych.

Kierowca dowozi nas pod same drzwi hostelu. Nawet sobie nie wyobrażacie jaka to ulga po ponad 48 godzinach podróży różnymi środkami transportu stanąć wreszcie pod prysznicem! A po zimnym prysznicu  jeszcze większą ulgę sprawiają olbrzymie wiatraki, w które wyposażone są pokoje hostelu, przez co chyba uda nam się wypocząć w nocy, kiedy na zewnątrz temperatura nie spadnie poniżej 30 stopni.

Zobaczcie poniżej jak wyglądały ulice Amritsar z „okien” rikszy:

IMAG1532
przyznam, że byłyśmy niemałą atrakcją wychylając się z tego małego okienka 🙂

IMG_1831IMG_1832DSC_6771IMG_1840IMG_1849IMG_1845IMG_1851IMG_1857IMG_1869IMG_1879

 

Amritsar leży w pobliżu granicy z Pakistanem – granicy nietypowej, bo codziennie, naprawdę codziennie przez okrągły rok (z nielicznymi przerwami od 1959 roku) na tej właśnie granicy odbywa się jej uroczyste zamknięcie (w Atari). Do 1947 roku Indie i Pakistan były jednym państwem zarządzanym przez Brytyjczyków. Po zniesieniu zwierzchnictwa brytyjskiego, obszar został podzielony na dwa odrębne państwa: hinduistyczne Indie oraz muzułmański Pakistan. Podobno zaobserwowano wtedy jedną z największych migracji ludności (na tle religijnym). Pakistańczycy i Hinusi to ta sama ludność, te same geny, różnią się jedynie religią.

 

Będąc w Amritsar albo innym mieście Pendżabu wartu poświęcić jedno popołudnie, żeby zobaczyć tą uroczystość na własne oczy. Jest to dosyć nietypowa parada wojskowa, dla Europejczyków wyglądająca nieco komicznie. Ma ona symbolizować zarówno rywalizację, jak i braterstwo czy zgodę między Indiami a Pakistanem. W 2014 roku tuż po zakończeniu wieczornych ceremonii po stronie Pakistanu doszło do samobójczego zamachu, w którym zginęło około 60 osób, ponad 110 zostało rannych. Na jakiś czas wstrzymano barwny pochód. Obecnie wizyta na tej ceremonii jest rygorystycznie kontrolowana, przez co decydując się na udział w niej nie musicie obawiać się o swoje bezpieczeństwo.

Do Atari z Amritsar (odległość około 25 km) najłatwiej i najtaniej (dodatkowo też najciekawiej) dojechać rikszą. Ograniczcie bagaż do minimum, podobno zbyt duże torby albo plecaki trzeba oddać do schowka (nie doświadczyłam tego, przezornie miałam przy sobie telefon i parę indysjkich banknotów oraz butelkę wody). Można wnieść sprzęt fotograficzny i to nawet sporych rozmiarów, ale nie zdziwcie się, kiedy podczas kontroli ktoś będzie dokładnie z każdej strony badał Wasz aparat. Warto pojawić się na miejscu nie później niż godzinę przed zachodem słońca, kiedy to zaczyna się cała uroczystość. Jednak nie przyjeżdżajcie zbyt wcześnie (tak jak my, byliśmy tam ze 3 godziny wcześniej), bo zanim jeszcze cokolwiek zacznie się dziać, wynudzicie się na całego. Jeśli zgłodniejecie, obsługa ceremonii zadba o Was – zimne napoje, lody, popcorn, chipsy i inne takie “smaczne” przekąski pod sam nos przyniesie Wam sprzedawca. Niech Was nie dziwi to, że wszyscy ludzie z sektora dla lokalsów (a jest ich o wiele więcej niż ludzi spoza Indii) będą się na Was GAPIĆ bez mrugania, a nawet robić zdjęcia, selfie, filmy i różne takie! Możecie mi nie wierzyć, ale my biali też możemy być egzotyczni! I nie ma znaczenia czy jesteście małą blondynką czy wielkim łysym facetem – dla nich po prostu jesteśmy inni i całe rodziny (rodzice nawet bardziej niż dzieci) będą się na Was patrzeć z otwartymi ustami. Jednak kiedy zacznie się ceremonia, aż do momentu jej zakończenia będziecie mieli święty spokój. A po ceremonii – sesje zdjęciowe, które UWAGA mogą trwać w nieskończoność, dlatego załóżcie niewidzialne klapki na oczy i idźcie dzielnie przed siebie ignorując wrzaski, piski i prośby o selfie z białym.

 

Całą godzinę zajmuje nam dojazd rikszą z Amritsar do Atari, ale nie narzekamy, zwiedzamy miasto, nadal nie mogąc nadziwić się panującemu na ulicach chaosie. Nie raz wydaje nam się, że zaraz zderzymy się z innymi pojazdami. Jednak nic takiego się nie dzieje, indyjscy kierowcy zasługują w naszych oczach na medal. Przejeżdżający obok kierowcy i pasażerowie machają do nas, uśmiechają się, niektórzy nawet nagrywają nas.  Cieszymy się, że sami nie musimy prowadzić jakiegokolwiek pojazdu po tych zapchanych ulicach. Bo na indyjskich drogach i skrzyżowaniach wszystkie ruchy są dozwolone. Zamiast kierunkowskazów tutejsi kierowcy używają klaksonów (bardzo głośnych zresztą, dla nich to być może najważniejsza część samochodu), na czerwonym świetle nikt, absolutnie nikt się nie zatrzymuje. Wyprzedzać można z dowolnej strony. Przy tym wszystkim samochody i inne pojazdy przejeżdżają tak blisko siebie, że nie raz dziwimy się, że nie doszło jeszcze do wypadku. Zobaczyć to na własne oczy, a co dopiero być w samym środku tej walki o miejsce na drodze, to bez wątpienia niezapomniane doświadczenie.

Już na miejscu w Atari musimy przejść na własnych nogach około kilometra. Napierają na nas uliczni sprzedawcy. Nawet nie wiem jak to się dokładnie stało, ale nagle jeden z nich maluje mi na policzkach indyjskie flagi pozbawiając mnie tym 20 rupii za jedną flagę!

Ruszamy z tłumem, kolejka długa, z naszej strony końca jej nie widać. Ale już nas wołają z obsługi i wskazują inną kolejkę dla ludzi spoza Indii, o wiele krótszą. Czekają w niej z nami nieliczni biali, ale też parę ciemnoskórych nie indyjskich obywateli. Aż do momentu zajęcia miejsc na trybunach, jesteśmy traktowani jak VIPy – osobna kolejka, osobna kontrola, osobne miejsca do siedzenia na plastikowych krzesłach w zacienionym fragmencie trybun. A indyjscy obywatele siedzą w pełnym słońcu na kamiennych schodach, oddzieleni od nas barierkami.

Siedzimy na trybunach po stronie indyjskiej, za płotem widzimy przybywający nieco mniejszy tłum Pakistańczyków. Codziennie na ceremonię przybywa około 20 tysięcy osób i uczestniczą w tej głośnej muzyce i dudnieniu, biegu z indyjską flagą, okrzykach świadczących o ich wielkiej miłości do swojego państwa, a co najważniejsze – zabawnych dla nas Niehindusów pozach maszerującego wojska! Nie do końca możemy pojąć, że tak dziwna ceremonia codziennie przyciąga aż takie tłumy. Możemy to chyba podsumować tylko tak, że niepojęte są pomysły ludności indyjskiej dla nas Europejczyków.

Zerknijcie na kilka fotek z ceremonii zamknięcia granicy indyjsko-pakistańskiej:

IMG_1892IMG_1893IMG_1935IMG_1937IMG_1953IMG_1967IMG_1995IMG_2017IMG_2053IMG_2075

 

Po zakończeniu świętowania nie obędzie się bez serii zdjęć z nami białymi, nieraz całe rodziny proszą o “one photo”. Udaje nam się uciec z tłumu, znajdujemy swoją rikszę, a dokładnie swojego kierowcę, który wskazuje nam właściwą rikszę (zaparkowanych obok siebie są dziesiątki riksz, dla naszego oka wszystkie wyglądają jednakowo). Wracamy do Amritsar jeszcze bardziej zatłoczoną niż wcześniej drogą. Jest już ciemno, ale nadal bardzo gorąco. Postanawiamy pospacerować wąskimi uliczkami i popatrzeć na nocne życie w tej części Indii. Wszędzie pełno ludzi, bezdomnych zwierząt, brudu i śmieci, ale też kuszącego zapachu indyjskich przypraw. Głodni po dniu pełnym wrażeń skuszeni zapachem zamawiamy na ulicy vegeburgery, które są szykowane na wielkiej patelni na naszych oczach. Smakują nam, ale ubolewamy, że nie mam w nich ani odrobiny mięsa. W tej części Indii trudno o jakikolwiek posiłek z mięsem. (Amritsar to tak wegetariańskie miasto, że powstał w nim pierwszy na świecie wegetariański McDonald’s).

Chcieliśmy zobaczyć jak dojść do Złotej Świątyni (tylko sprawdzić drogę, żeby rano wiedzieć gdzie iść – bo planowo zwiedzanie tego miejsca mamy przewidziane na kolejny dzień), z której słynie Amritsar. Ale kiedy przed naszymi oczami ukazuje się Złota Świątynia pięknie oświetlona, zdejmujemy buty i koniecznie musimy bliżej zobaczyć ją już dzisiaj. Jestem przekonana, że nie zostanę wpuszczona na plac świątyni przez szorty i koszulkę bez rękawów, które mam na sobie. Nie napotykam jednak żadnych komplikacji przy wejściu, muszę tylko wygrzebać z kosza z używanymi chustkami jedną z nich i zakryć włosy. Wchodzimy…. i stajemy bez słów porażeni pięknem i mistyką tego miejsca.

 

Złota Świątynia jest najświętszym miejscem dla wyznawców Sikhizmu – to taki miks religii muzułmańskiej i hinduistycznej. Golden Temple (właściwa nazwa Złotej Świątyni) jest dla nich tym samym czym Watykan dla chrześcijan, czy Mekka dla wyznawców islamu.

Miasto Amritsar zostało założone w 1577 roku przez jednego z wyznawców właśnie sikhizmu i od razu stało się popularnym miejscem ściągającym do siebie tłumy wyznawców tej religii. Punktem najważniejszym w mieście jest oczywiście Złota Świątynia – niezbyt duży przepiękny “zameczek” pokryty (dopiero w 1803 roku) cienką pozłacaną blachą ufundowaną przez jednego z wyznawców, który znajduje się na środku basenu z wodą, prowadzi do niej marmurowy wąski chodnik (dla sikhów jest to święta woda, pływają z niej święte pomarańczowe karpie – którym nawet zbyt intensywne robienie zdjęć nie jest mile widziane, wody lepiej nie dotykajcie!). Mężczyźni sikhowie zażywają w tych wodach oczyszczającej z religijnego punktu widzenia kąpieli. W środku Złotej Świątyni nieprzerwanie dzień i noc przez cały rok na okrągło czytana (a raczej śpiewana) jest na głos  przez zmieniających się co dwie godziny kapłanów, co możecie usłyszeć już po przekroczeniu progu ogrodzenia terenu Złotej Świątyni z głośników. Bez względu z której części świata jesteście i jaką wyznajecie religię, może Was uratować – kiedy znajdziecie się w Amritsar i nie będziecie mieli gdzie podziać się na noc albo co jeść, bez względu na porę dnia czy nocy, skierujcie swoje kroki właśnie do tego miejsca, a zupełnie za darmo znajdziecie w niej i miejsce do spania (czasem na podłodze) i coś do jedzenia (codziennie przygotowywane są tysiące posiłków dla wszystkich potrzebujących). Nie wiem czy drugie takie miejsce istnieje gdzieś jeszcze na naszej zwariowanej kuli ziemskiej?

IMG_2175
Golden Temple – najświętsze miejsce dla sikhów
IMG_2190
w tej wodzie pływają złote karpie
IMG_2226
nie można oderwać oczu od tego miejsca!

 

Kolejny dzień w Amritsar wyglądał tak…

 

Złota Świątynia z daleka mieniąca się w porannym słońcu, wokół basen z czystą wodą z pływającymi w nim  karpiami, z głośników rozlegają sie modlitewne śpiewy, którym towarzyszy delikatne pobrzękiwanie bębenków i nieznanych nam instrumentów, bosymi stopami stąpam po nieskazitelnie czystych pięknych marmurowych posadzkach – to nie sen? Niee, to właśnie Golden Temple w Amritsar.

 Ludzi na placu wokół basenu oblewającego Złotą Świątynię jest jeszcze więcej niż wczoraj wieczorem. Sikhowie, którzy dominują wśród tłumu, ubrani kolorowo i starannie, mężczyźni noszą na głowach jednokolorowe niezwykle precyzyjnie zawiązane turbany. Mijający nas ludzie uśmiechają się do nas przyjaźnie, czasem proszą o wspólne zdjęcie.

Stoimy w długiej kolejce do samej Złotej Świątyni, jesteśmy tutaj jedynymi białymi. O dziwo stojący z nami pielgrzymi nie przypatrują się nam tak natarczywie, większość z nich jest bardzo skupiona na modlitwie. Chociaż kolejka wolno przesuwa się do przodu, nie dłuży mi się tutaj czas.

Docieramy do serca Złotej Świątyni. Bogato zdobione złotem ściany i sufity, posadzki wyłożone drogimi marmurami. W centrum świątyni na podłodze modlą się “kapłani”, to oni grają i śpiewają pieśni unoszące się z głośników na terenie całego terytorium Golden Temple. Chyba nie widziałam jeszcze aż tak skupionych na modlitwie ludzi. Zwiedzamy jeszcze wyższe piętra budowli, skąd rozpościera się widok na otaczające basen białe budynki z kolumnami.

Poniżej sprawdźcie jak Golden Temple prezentuje się w słonecznym świetle:

DSC_6605DSC_6608DSC_6609DSC_6616IMG_2239IMG_2246IMG_2257IMG_2258IMG_2319

 

Na śniadanie zostajemy w Golden Temple – chcemy zjeść posiłek wśród tłumu ludzi, siedząc na podłodze (kto śledzi na YouTube losy Dawida Fazowskiego z „Przez świat na fazie” wie o co chodzi – chcieliśmy to sprawdzić na własnej skórze). Przy wejściu do środka “restauracji” każdy otrzymuje aluminiowy talerz podzielony na 4 komory, miskę na wodę i małą łyżeczkę. Prowadzi nas jeden z lokalsów, ale bez kolorowego turbanu. Siadamy ramię w ramię na podłodze na rozłożonych wytartych dywanach, po turecku, talerz kładziemy przed sobą na podłodze. Chwilę później podchodzi do nas pan z wiadrem i wielką chochlą nakłada do jednej komory talerza jakąś papkę, za nim kolejny i kolejny, aż wszystkie części talerza są zapełnione. Potem między rzędami głodnych pielgrzymów przechodzi pan z olbrzymią konewką i nalewa do misek przed nami wodę. Na koniec pora na chlebek ciapati, który koniecznie trzeba odebrać prawą ręką!

 Panuje tutaj świetna organizacja. Widzimy to też podczas odnoszenia brudnych naczyń. Mijamy wielką halę, gdzie ochotnicy zmywają niezliczone ilości czterokomorowych talerzy, kawałek dalej na podłodze siedzi kilkadziesiąt kolorowo ubranych kobiet, obierają ziemniaki, które pokrojone w kostkę leżą przed nimi na sporych już kupkach. To takie miejsce, gdzie każdy człowiek bez względu na religię, dostanie za darmo posiłek i schronienie na noc. A wszystko z największą życzliwością.

 

IMG_2440
niezwykłe śniadanie w niezwykłym miejscu
DSC_6644
może jedzenie wygląda niezbyt apetycznie, ale było przepyszne
DSC_6664
wymyte naczynia
IMG_2472
bo obiad sam się nie zrobi!

 

Zerknijcie jeszcze na kilka uchwyconych momentów zwyczajnego życia na ulicach Amritsar:

davdavdavIMG_2629IMG_2576DSC_6770DSC_6737DSC_6736

 

 

Wybierając się do Indii i mając jakiś wpływ na miejsca zwiedzania, dopiszcie do swojej listy koniecznie Amritsar! To jedno z lepszych miejsc, które miałam okazję odwiedzić w swoim życiu. Jest to miejsce z tych, których nie da się opisać słowami ani przedstawić za pomocą nawet najlepszej fotografii. To miejsce, które trzeba przeżyć. Jeśli kiedyś Wasze bose stopy staną na czyściutkim rozgrzanym słońcem marmurze otaczającym świętą wodę wokół Złotej Świątyni, z pewnością to zrozumiecie. Dla jeszcze większej zachęty – zerknijcie koniecznie tutaj! Przyznam, że ja po obejrzeniu tego filmu mam ochotę wrócić do Golden Temple.

 

A tymczasem trzymam mocno kciuki za Wasze podróżnicze wybory! 🙂

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s