Piszę, kasuję, ponownie piszę i kasuję. I tak w kółko przez ostatnie kilka miesięcy odkąd wróciłam z Izraela.
Ci co śledzą mnie na Instagramie albo przeczytali co nieco o nartach w Izraelu wiedzą, że mój wyjazd do tego zakątka świata był niespodzianką. Przez to nie miałam przygotowanego planu zwiedzania.
Po swojej wizycie w Izraelu odczuwam lekki niedosyt. Zdecydowanie we znaki dała się niemożliwość przygotowania się przeze mnie do odwiedzin w tym nieznanym dla mnie kraju. Wierni czytelnicy i znajomi dobrze wiedzą, że do każdej podróży dość dokładnie przeszukuję Internet, wypisuję perełki wraz z cennymi wskazówkami tymi podróżniczymi, ale i zasadami czy zwyczajami obowiązującymi w danym kraju, aby jak najlepiej wczuć się w klimat nowego dla mnie państwa. Dzięki takiemu wstępnemu researchowi nie muszę już na miejscu zastanawiać się nad przepisami drogowymi, czy w restauracji pozostawić napiwek albo czy nie zaskoczą mnie nadmiernie ceny, pogoda a nawet sami mieszkańcy.
Z racji tego wszystkiego co napisałam akapit wyżej, we wpisie tym nie znajdziecie typowych podróżniczych porad, naszykowanych zwykle przed wylotem, a zweryfikowanych już na miejscu. Tym razem będą to raczej moje podróżnicze wspomnienia i przemyślenia.
Bilety do Izraela są tanie, Izrael na nowy otworzył się na turystów. Można polecieć jeszcze raz – pomyślicie. Rzadko się to zdarza, ale jednak w tym miejscu mój podróżniczy zapał nieco gaśnie. A to dlatego, że w Izraelu pojawiły się pewne przeszkody, minusy, elementy odpychające mnie od zabukowania ponownej jazdy powietrznej w stronę intrygującego kraju na I.
A są nimi:
Ceny.
Tak! Izrael jest drogi. Bardzo drogi! Jest jednym z najdroższych państw, które odwiedziłam.
Za średniej jakości nocleg w hostelowym baraku na pustyni Negev, bez ogrzewania, zapłaciłam prawie 100 złotych za osobę. Zdecydowanie za dużo za tak spartańskie warunki. Za dobry hostel w Jerozolimie zapłaciłam 250 złotych za osobę za noc. Bez śniadania. Ceny jedzenia są już w ogóle z kosmosu. Typowe izraelskie śniadanie dla dwóch osób to koszt około 160-200 złotych. Zdecydowanie wolę sama przyrządzić hummus albo falafele.
Ludzie.
Oczywiście nie wszyscy! Ale ludzie pracujący w usługach, czyli kelnerki, recepcjonistki. Panowie też. Podczas pięciu dni w Izraelu na palcach jednej ręki mogłabym policzyć miłe osoby. Jest to w jakiś sposób odpychający czynnik. Brak uśmiechu jeszcze można znieść, wszak i w Polsce to nie rzadkość. Zapomnienie o zamówieniu albo jego pomylenie już trochę odpycha. Ale ignorancja czy rzucanie kartą bez słowa – totalnie nie mój klimat.
À propos kart:
W Izraelu zapomnijcie, że zanim zapłacicie kartą na terminalu zobaczycie kwotę. A zdarzy się i tak, że kelner czy kelnerka po prostu odejdzie z Waszą kartą, wróci po kilku minutach z wydrukowanym potwierdzeniem albo i bez niego. Bez podawania PIN-u z Waszego konta zejdą pieniążki. Szczęśliwi Ci, którzy mają Revoluta albo konto z automatycznym powiadomieniem, bo na szybko sprawdzą ile zapłacili. Gorzej, jeśli nie wykupili pakietu Internetu, a w knajpce nie ma wifi. Nie próbuję napisać Wam między wierszami, że w Izraelu, w Żydowskim kraju, na każdym kroku będą próbowali Was oszukać. Nie. U nich po prostu tak działa płacenie kartą. Co nam, Europejczykom, tak przyzwyczajonym na naszych norm i przepisów, trudno przełknąć.
Kontrola na lotnisku!
Najważniejszy minus, a tak naprawdę czynnik, który przesądził, że w najbliższym roku nie wrócę do Izraela. Wiem, że to wszystko w trosce o bezpieczeństwo. Ale owa kontrola sprawiła, że poczułam się po pierwsze – jak terrorysta, a po drugie – jak ktoś pozbawiony ludzkiej godności. Dziesiątki pytań ze wzrokiem urzędnika przeszywającym mnie na wylot: cel wizyty, odwiedzone wcześniej kraje, z kim przyleciałam, czy jesteśmy małżeństwem, jak długo się znamy, jaki zawód wykonuję, skąd wzięłam pieniądze na podróż – to pytania na porządku dziennym. Biada Wam, jeśli macie w swoim paszporcie pieczątkę z arabskiego kraju. Automatycznie szybujecie do grupy osób podwyższonego zagrożenia terrorystycznego. Czeka Was jeszcze więcej, jeszcze bardziej szczegółowych i jeszcze bardziej krępujących pytań.
Następująca po przesłuchaniu kontrola osobista doprowadziła zaś do rozebrania mojego bagażu na czynniki pierwsze i dokładnego, najdokładniejszego w całej mojej historii lotniskowej, sprawdzenia nawet zakrętki kremu, każdej skarpetki z pary i kartek książki.
Choć nie należę do osób nadmiernie wrażliwych, pozostał wielki niesmak. Niesmak na tyle silny, że nawet poniższe super miejscówki nie są w stanie przyciągnąć mnie na chwilę obecną do ponownej wizyty w Izraelu.
Nie jestem z natury marudą, rzadko zdarza mi się narzekać. Tym bardziej krytykować odwiedzone przeze mnie miejsce, wyciągać jego negatywne strony i rozpamiętywać je. Gwarantuję Wam, że nie znajdziecie na moim blogu drugiego, równie naszpikowanego żalami postu. To, że napisałam na swoim blogu to co właśnie przeczytaliście niech Wam zobrazuje, jak bardzo Izrael zalazł mi wtedy za skórę.
Ale!
Dla kontrastu, poniżej umieściłam cztery fantastyczne odwiedzone przez mnie miejsca w Izraelu, które pewnego dnia być może przeważą o zmianie mojej decyzji i sprawią, że dam drugą szansę temu państwu na Bliskim Wschodzie.
Jerozolima
Miasto jedyne z takim klimatem, historią, aurą, doznaniami emocjonalnymi. Jeśli kiedyś wrócę do Izraela to właśnie w Jerozolimie spędzę większość czasu. Dokładnie w obrębie murów Starego Miasta.
W Jerozolimie najbardziej ujęła mnie zażyłość ludzi. Na małym kawałku ziemi obok siebie żyją żarliwi wyznawcy trzech największych religii monoteistycznych świata. Na ulicach mieszają się żydowskie, muzułmańskie i chrześcijańskie dzieci wracające ze swoich szkół w charakterystycznych mundurkach. Kobiety trzech wyznań ramię w ramię robiące weekendowe zakupy. Mężczyźni ze świeżo zgolonymi gęstymi brodami niosący pod pachą modlitewne dywaniki, przy wtórze melodii śpiewanej przez muezina podążający wąskimi nierównymi uliczkami Starego Miasta do wnętrza jednego z najokazalszych na świecie meczetów.
Wreszcie jerozolimskie miejsce kulminacyjne: Ściana Płaczu. Obserwowanie tak gorąco modlących się pod ścianą ludzi zapamiętam bez wątpienia na lata.
To właśnie do tajemnic skrywanych przez wnętrze murów obronnych Jerozolimy wracałam każdego razu, kiedy nie miałam już pomysłu czym zapchać czas spędzony w Izraelu.








Tel Awiw i Hajfa
Dwa nowoczesne miasta, tak bardzo różniące się od starej poczciwej Jerozolimy.
W Tel Awiwie ląduje większość samolotów z Europy, dlatego z dużym prawdopodobieństwem każdy przyjezdny spędzi co najmniej kilka godzin w tej spornej stolicy państwa. Spornej, bo nie wszystkie kraje świata uznają Tel Awiw za stolicę na rzecz Jerozolimy. W Tel Awiwie, który odwiedziłam po Jerozolimie, przede wszystkim ujrzałam kontrast między czymś starodawnym a nowoczesnym, między starym a nowym, pomiędzy czymś świętym a grzesznym.
W Tel Awiwie mieszkałam w luksusowym apartamencie z widokiem na wzburzone Morze Śródziemne, jadłam wykwintne dania kuchni Bliskiego Wschodu i popijałam schłodzone wino. Gdyby starczyło mi czasu, mogłabym pobawić się w jednym z ekstrawaganckich nocnych klubów. Daremnie było szukać tutaj oznak religijności, pokory i skupienia wypisanego na twarzach mijanych mieszkańców miasta.
W Tel Awiwie ostał się jednak kawałek starego świata. To Jafa z urokliwym nigdy nie cichnącym portem. To też Carmel Market, gdzie kupicie dosłownie wszystko – od świeżych owoców i warzyw, po części garderoby, kończąc na antykach.
W Hajfie bez reszty przepadłam w Ogrodach Bahaitów. Przepadłam przede wszystkim jako fotograf.
Hajfa jest stolicą dla wyznawców bahaizmu – dość nowej religii, o której po raz pierwszy usłyszałam stojąc u podnóża tych pnących się wprost do nieba, pełnych egzotycznej roślinności idealnie zadbanych ogrodów w Hajfie. O samej religii więcej pisałam na Instagramie. Hajfa to też ładny morski widok. Jest nowoczesnym miastem z wysoko rozwiniętym przemysłem. Turysta zadba w mieście nie tylko o walory wzrokowe, ale i pełny żołądek.










Pustynia Negev
Pustynia bez piasku i usypanych wiatrem wydm. Nawet nie ma tutaj długich wielbłądzich karawan. Są za to skały, kamienie i nierówności. Są koziorożce, gazele i dzikie osły. Są też maktesze, coś pomiędzy kraterem a kanionem. Pustynia ta pokrywa niemal 40% Izraela. Dlatego wybierając się na przejażdżkę po tym państwie jest całkiem spora szansa, że i Wy natkniecie się na którąś z jej części.
Dodajcie do swej listy Maktesz Ramon. Widok z krawędzi tego tworu natury na okolicę zapiera dech w piersiach i sprawia, że mały człowieczek na chwilę zapomina, że jednak nie znajduje się na Marsie.
Południowy kraniec pustyni Negev zabierze Was w inne miejsce, tym razem już na Ziemi. To ekspresowa podróż do Arizony, a dokładnie Kanionu Antylopy – bo Izrael ma swój odpowiednik, bardzo zbliżony odpowiednik – Czerwony Kanion.








Morze Martwe
Zanim pominiecie ten akapit z myślą, że przecież nad jego drugi brzeg można wybrać Jordanię, której nie skrytykowałam właśnie powyżej, wytrwajcie do końca!
Morze Martwe jest zdecydowanie moim izraelskim przyrodniczym numerem jeden. I chociaż nawet go nie dotknęłam, bo po pierwsze było zbyt zimno (tylko 6 stopni), po drugie – ze względu na trwające zatarczki wojenne nie mogłam dotrzeć w okolice, gdzie chciałam doprowadzić do naszego spotkania – okolice Ein Gedi, oszalałam na punkcie odcienia wody Morza Martwego. Bez wątpienia mógłby posłużyć on jako gotowy instagramowy filt albo bazę do utworzenia presetów do Lightrooma. Ale Morze Martwe ma coś jeszcze: podążając ku północnym jego krańcom dotrzecie do początku Wzgórz Golan. Tam dopiero zaczynają się widoki nie z tego świata! Emocji dokładają coraz częściej pojawiające się żółte tabliczki ostrzegające o zaminowanym terenie. I ta nutka niepewności, czy przemierzając kolejne kilometry w stronę granicy z Syrią nie zagalopowaliśmy się zbyt daleko. Nutka, która zwiększa swoje rozmiary proporcjonalnie do przebytej odległości.
Chcecie więcej emocji i adrenaliny? Wystarczy jedno kliknięcie!






Dajcie znać, co Wy myślicie o tym Izraelu!
Bez względu czy już w nim byliście, czy jest na Waszej liście top 10 miejsc na świecie.
Czy też nigdy o nim jeszcze nie myśleliście, a przeczytane słowa uchyliły drzwiczki ciekawości gdzieś tam w zakamarkach Waszej podświadomości.
Koniecznie dajcie znać w komentarzu!
0 Comments