Salwador: wulkan Santa Ana — samodzielnie czy z przewodnikiem?

cze 4, 2024 | Ameryka Północna, Ameryka Środkowa, Salwador, Wyróżnione | 0 komentarzy

recepta_na_podroz_santa_ana

Planując zwiedzanie Salwadoru, prawie wykreśliłam wulkan Santa Ana z mojej listy. Prawie, ponieważ organizując podróż po Salwadorze na własną rękę, łatwo można stracić cierpliwość. Strona lokalnego przewoźnika nie działa, wypożyczalnie samochodów mają ograniczone godziny pracy, dodatkowo nie są dostępne we wszystkich miastach. Na szczęście jestem uparta i nie odpuściłam. Nie darowałabym sobie, gdybym nie stanęła na szczycie Santa Any. To drugi, po gwatemalskim Acatenango, najlepszy wulkan, jaki zdobyłam.

Szczegóły mojej trasy po Salwadorze i innych krajach Ameryki Środkowej opiszę w innym poście. Dziś skupię się na Santa Anie.

Swoją przygodę z samym Salwadorem zaczęłam pod górkę i to zanim jeszcze przekroczyłam granicę tego kraju. Do tego najmniejszego w lądowej części Ameryki Środkowej państwa dotarłam autobusem, który wiózł mnie nieznośne pół doby z Nikaragui przez Honduras. Nieznośne, bo ciągnące się w nieskończoność przez wszędobylskie latynoskie korki. Ale też przez mozolną przeprawę graniczną w ilości czterech: wyjazd z Nikaragui, wjazd do Hondurasu, wyjazd z Hondurasu, wjazd do Salwadoru. Kto kiedyś na własnej skórze doświadczył zawiłości i chaosu latynoskiej biurokracji ten rozumie moje dokładne znaczenie słowa „nieznośne”.

Przez wspomniane wyżej transgraniczne i uliczne zawiłości, z planowanego przyjazdu do stolicy kraju, czyli San Salwadoru na godzinę południową wyszły nici. Nici do tego stopnia, że sama w San Salwadorze nigdy się nie znalazłam. Chwilę po przekroczeniu salwadorskiej granicy około godziny 11 otrzymałam jeszcze bardziej odbierającą siły wiadomość od stołecznej wypożyczalni samochodów, że moja przed miesiącem zaklepana i przedpłacona bryka odjechała sobie z innym człowiekiem, a że zastępczego auta darmo szukać, zostałam na lodzie. Nie wiem, jak to jest możliwe, bo przez ostatnie 10 lat swojego podróżniczego życia wypożyczałam samochody w różnych zakątkach świata niezliczone ilości razy, w 99% korzystając z wcześniejszego bukowania i nigdy jeszcze taka wiadomość nie pojawiła się przed moimi oczami. Ale cóż, może Salwador rządzi się swoimi prawami — myślałam wtedy.

Na szczęście po raz drugi, tym razem już na żywo w Salwadorze, nie zabrakło mi cierpliwości i ciągle tkwiąc w autobusie stojącym w statycznym korku w San Miguel, łamanym hiszpańskim udało mi się wypożyczyć auto właśnie w San Miguel. Dzięki temu dalszą część trasy, co prawda nadal stałam w różnej długości korkach, jednak plus 10 do komfortu dodało mi „swoje” salwadorskie autko.

To by było na tyle z Salwadorskiego wstępu. Uderzam do sedna, czyli wulkanu Santa Ana, do którego jednak nie udałoby mi się dostać, gdyby nie cierpliwość popłacająca wynajętym autem. Bo podróżowanie komunikacją miejską po tym kraju bywa tym bardziej skomplikowane. Zwłaszcza jeśli dysponuje się tu raptem kilkoma dniami, a chce się zobaczyć maksymalnie dużo.

Wulkan Santa Ana, znany również jako Ilamatepec, to jeden z najbardziej imponujących wulkanów w Salwadorze. Znajduje się w zachodniej części kraju, około 50 kilometrów na zachód od stolicy. Wznosi się na wysokość 2381 metrów nad poziomem morza, co czyni go najwyższym wulkanem w Salwadorze. Jest częścią tzw. Trójkąta Ognia, regionu Ameryki Środkowej słynącego z nieprzeciętnej aktywności wulkanicznej.

Wejście na szczyt określiłabym jako średnio trudne i nie wymaga specjalnego sprzętu, kijków trekkingowych ani wybitnej kondycji. Trasa w górę i w dół powinna zając około 5 godzin, choć można zmieścić się w 3,5 godzinach. Wspinaczka na szczyt wulkanu Santa Ana zajmuje około 2-3 godzin, a zejście około 1-2 godzin, w zależności od tempa.

Sama na szczyt wchodziłam z bardzo obszerną grupą, liczącą kilkadziesiąt osób. Poziom grupy oceniłabym jako bardzo słaby. Na wulkan wchodziliśmy jako zorganizowana gromada osób, szło więc z nami kilku przewodników. Kilku, bo kiedy zaczęliśmy wędrówkę na szczyt Santa Any, grupa samoczynnie podzieliła się na mocniejsze i słabsze ogniwa. Każdemu z nich towarzyszył oddzielny przewodnik. Choć sama nie jestem górską kozicą i już na wstępie typowałam, że najraźniej mi będzie w skupisku na poziomie średniego ogniwa, jakież było moje zdziwienie, kiedy przez całe 5 godzin drogi w górę i w dół deptałam po piętach przewodnikowi przydzielonemu do najbardziej żwawej grupy. Zdziwienie, które z każdym przebytym krokiem przeradzało się w rozczarowanie, później we frustrację, a w końcu w złość.

Będąc na szczycie wulkanu liczyłam, że droga w dół pójdzie nam zdecydowanie sprawniej. Kto schodzi z góry równie wolno co wchodzi? — myślałam. A jednak zgrupowanie zdobywców Santa Any schodziło równo wolno, co wchodziło. Przez całą drogę w dół plułam sobie w brodę, że kiedy nasza grupa cykała sobie fotki na szczycie wulkanu, mogłam cichaczem oddzielić się od reszty i swoim normalnym tempem zejść z wulkanu.

Dlaczego to wszystko piszę? A no dlatego, aby przestrzec Was przed podobną wcale niepotrzebną wulkaniczną frustracją. Na wulkan Santa Ana, wbrew krążącym w Internecie opiniom, można wejść na własną rękę. Nie tylko zrobicie to we własnym optymalnym tempie, nie tylko będzie Wam dane delektować się otaczającą naturą w spokoju i ciszy, ale też zapłacicie dużo mniej.

Na koniec umieszczam kilka informacji praktycznych:

  • Wulkan Santa Ana można zwiedzać samodzielnie lub z przewodnikiem. Zdecydowanie polecam opcję numer jeden — zdobyć wulkan Santa Ana na własną rękę.
  • Choć wulkanu Santa Ana można odwiedzić przez cały rok, lepiej unikać okresów intensywnych opadów, a pora deszczowa w Salwadorze występuje między kwietniem a listopadem.
  • Najlepszą porą na wulkaniczny trekking jest poranek, ze względu na zacniejszą widoczność i zdecydowanie niższą temperaturę.
  • Na terenie wulkanu znajdują się parkingi dla odwiedzających, ale koszt parkowania może się różnić w zależności od miejsca. Za oficjalny parking przy El Cerro Verde zapłaciłam 6 dolarów. Wiem, że samochód można też zaparkować niekoniecznie na wyznaczonych parkingach, co uczyniła całkiem liczna grupa odwiedzających. Nie grożą za to mandaty, przynajmniej na czas pisania tego posta (2024 rok).
  • Opłata za wejście na teren wulkanu również może się różnić w zależności od miejsca, w którym rozpoczniecie trekking. Jeśli zdecydujecie się na wejście z przewodnikiem rozpoczynające się w El Cerro Verde, zapłacicie najwięcej, bo około kilkunastu dolarów za osobę (opłata za wejście do parku, opłata za przewodnika, opłata na rzecz utrzymania parku). Bo Park Narodowy Cerro Verde to park, w którym znajduje się wulkan Santa Ana. Decydując się na zdobycie indywidualne, zapłacicie raptem kilka dolarów.

recepta_na_podroz_santa_ana
recepta_na_podroz_santa_ana1
recepta_na_podroz_santa_ana2
recepta_na_podroz_santa_ana3
recepta_na_podroz_santa_ana3
recepta_na_podroz_santa_ana6

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *