BOLIWIA: Salar de Uyuni, czyli jak odnalazłam niebo na ziemi

paź 15, 2019 | Ameryka Południowa, Boliwia | 2 Komentarze

girl-jumping-over-lake

Założę się, że każdy z Was ma takie jedno specjalne wymarzone miejsce na ziemi, do którego ze wszystkich sił chce pojechać. Dniami i nocami widzi siebie TAM.

Nie zdziwi Was pewnie, że miałam tak i ja. I chociaż moja wizyta w TYM miejscu wyglądała zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałam przez wieki – nasze spotkanie było najwspanialszym momentem mojej wędrownej części życia.

Salar de Uyuni

Boliwia

Środek Ameryki Południowej

blonde-girl-jumping-over-clouds

 

 

Nie pamiętam już dokładnie, kiedy po raz pierwszy o miejscu tym usłyszałam. Było to kilka dobrych lat temu. I wydawało mi się, że do naszego spotkania dojdzie za kilkanaście lat (sama nie wiem czemu). Może przez to, że Boliwia wydawała mi się tak odległym zakątkiem jak wyspy Oceanii.

A jednak stało się. I choć wyobrażałam sobie, że moja stopa stanie na suchej Salar de Uyuni, zawiało mnie w tamtą stronę w środku pory deszczowej (dowiecie się poniżej, że pora roku ma tu kolosalne znaczenie) – lepiej być nie mogło.

Jeśli jeszcze nigdy o tym miejscu nie słyszeliście, przewińcie w dół do fotek – nie zdziwi mnie, jeśli i Wy zapragniecie czym prędzej się tam znaleźć. Dlatego też poniżej wyjaśnię Wam, jak zrobić to z głową i bez nadmiernego opróżniania portfela.

 

 

 

Czym jest Salar de Uyuni?

Salar de Uyuni to największe na świecie solnisko, czyli pozostałość po wyschniętym wysokogórskim słonym jeziorze. Leży na terenie boliwijskiego Altiplano (andyjski płaskowyż w Boliwii i Peru) na wysokości 3653 m n.p.m. i zajmuje powierzchnię aż 10 582 km2. Jest jednym z najbardziej prostych miejsc na ziemi – różnica wzniesień to niecałe 41 centymetrów.

endless-sky-in-boliwia

ten czarny punkcik z prawej strony zdjęcia to jedno z setek aut na Salar de Uyuni

 

 

Jak tanio dotrzeć do Boliwii?

Aby dolecieć do Boliwii, najlepszym (czytaj: najtańszym) sposobem będzie poszukanie biletów nie do Boliwii, a któregoś z państw ościennych (Lima – Peru, Santiago – Chile czy nawet Buenos Aires albo Rio de Janeiro). Najsensowniej wydaje się polecieć do Limy (można dołożyć wizytę w Machu Picchu) lub Santiago i stamtąd autobusem dotrzeć do celu (ewentualnie przelot do La Paz, jedna tu liczcie się z droższymi biletami). Sama, żeby nie wydać wszystkich oszczędności, z Limy poleciałam do Cusco, następnie przejechałam autobusem: do Arequipy, potem do Puno i następnie do La Paz. Autobusy w Ameryce Południowej nie są powodem do niepokoju – sporo nimi przejechałam, było wygodnie, tanio i z przygodami. Nie zamieniłabym ich na żadne samoloty, mimo tego, że zajęło mi to o wiele więcej czasu, bo sporo dróg na tym kontynencie nie ma się jeszcze czym chwalić.

 

 

Salar de Uyuni na właśną rękę?

Po przeszukaniu dziesiątek blogów polsko -, angielsko – i hiszpańskojęzycznych, na 99% mogę stwierdzić, że pojechanie na Salar de Uyuni nie jest możliwe zupełnie na własną rękę – tzn. jest, jeśli posiadacie własne auto (wypożyczenie samochodu w Boliwii jest niezmiernie drogie i skomplikowane), a i w tym przypadku mocno zastanowiłabym się nad samotną wyprawą (nieoznakowane drogi, czasem takie, po których w życiu nie przyszłoby Wam do głowy jechać). Dlatego niezbędna okaże się tu zorganizowana wycieczka.

 

 

 

Ile kosztuje wizyta w Salar de Uyuni?

Cena zależy od ilości dni (1 do 4), miejsca startu (Uyuni, Tupiza albo Chile) i agencji turystycznej (przewodnik w języku hiszpańskim lub angielskim, jakość posiłków, zakwaterowanie, ilość osób w aucie). Żeby Wam tego nie zagmatwać, nie będę wypisywała po kolei cen, ale:

  • Wycieczki rozpoczynające się w Uyuni są zdecydowanie tańsze niż w Tupizie. Chociaż te z Tupizy są mniej oblegane, przez co łatwiej o bardziej komfortowe miejsce w aucie i – co jest największą zachętą do wydania więcej pieniędzy – rozpoczynając w Tupizie, na Salar dotrzecie pod koniec wyprawy, czyli to co najlepsze czekać na Was będzie pod koniec tułaczki po boliwijskich wertepach).
  • Dopłata za przewodnika po angielsku, jeśli jesteście w jakimś stopniu komunikatywni po hiszpańsku, nie warta jest ceny (około 100 dolarów). Istnieje też bardzo duże prawdopodobieństwo, że ktoś z innych turystów będzie mówił po hiszpańsku i angielsku – wtedy w samochodzie znajdzie się tłumacz bez dopłacania.
  • Nie ma sensu kupować wycieczki przez biura online, tak samo jak z wyprzedzeniem w La Paz czy innym miejscu, które nie jest Uyuni bądź Tupiza – nie dajcie się naciągnąć!
  • Nie przejmowałabym się zbyt opiniami w sieci poszczególnych agencji, a tym bardziej poleceniami tych najlepszych z nich. Agencji są setki, kierowców jeszcze więcej, a to głównie od nich zależy przebieg Waszej przygody na tym pustkowiu. Sama czytałam mnóstwo opinii, skrupulatnie wypisywałam za i przeciw, a ostatecznie będąc już w Uyuni tak z ulicy wykupiłam pierwszą z nich, w atrakcyjnej cenie. Nie mam żadnych uwag – jedynie zwiedzanie kolorowych lagun nie dało mi w 100% takiej satysfakcji jakiej oczekiwałam, ale nie przez kierowcę – pogoda nie dopisała – coś, na co nawet 100 dolarów więcej wpływu nie ma.
  • Nie przejmowałabym się też opcją zakwaterowania, bo za bardziej luksusowe warunki trzeba sporo dopłacić, a przecież nikt jeszcze nie umarł od dwóch nocy spędzonych w gorszym hotelu albo braku prysznica przez 24 godziny (a zahartuje nas to na przyszłość), a dwa dni bez Internetu też człowiekowi XXI wieku nie zaszkodzą.

 

 

 

Gdzie rozpocząć przygodę z Salar de Uyuni?

Jak dojechać do Uyuni?

  • Z La Paz najtaniej będzie przejechać dystans do Uyuni autobusem, a najlepsza będzie nocna przeprawa (wyjazd około 20 z La Paz, przyjazd do Uyuni o 6 rano). Sama jechałam właśnie takim nocnym autobusem i przyznam Wam szczerze, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie podróżowałam wygodniejszym pojazdem. Rozkładane siedzenia, poduszki, ciepły koc, do tego ciepły posiłek z lampką wina (i to serwowaną nie w plastiku!), a rano śniadanie. Miałam obawy, czy po nocy spędzonej na przemieszczaniu się będę w stanie w pełni cieszyć się z, nie czarujmy się, wymagającej i męczącej objazdówki po pustyni przez 3 kolejne dni. Ale nawet nie wiem, kiedy mignęła mi ta prawie 10-godzinna przeprawa.

Będąc w Uyuni o tak wczesnej porze (przed 6 rano), nie nastawiajcie się raczej na rozterki, w której knajpce napić się kawy – do wyboru była aż jedna. Na szczęście miała wystarczająco stolików, żeby pomieścić tych wszystkich przyjezdnych rządnych kawowego ratunku pustynnych maniaków. A menu też było niczego sobie.

  • Jeszcze bardziej budżetową opcją będzie podróż autobusem nieturystycznym. Ale uważajcie wtedy na swoje bezpieczeństwo, zwłaszcza kradzieże na nocnych trasach.
  • Z La Paz można też do Uyuni dolecieć samolotem (lot trwa około godziny, są 4 do wyboru co dzień, bilety to koszt rzędu kilku stówek). Biorąc pod uwagę wygląd miasta zwanego Uyuni, nie liczyłabym na lotniskowe luksusy (ale mogę się też mylić – nie byłam).

 

Jak dojechać do Tupizy?

Z La Paz również autobusem, co zajmie ponad 14 godzin. Wyruszyć na Salar bardziej opłaca się z Tupizy, jeśli do Boliwii podróżujecie z Argentyny. Tupiza nie posiada lotniska.

Można też zacząć przygodę z Salar w Chile, a dokładnie w San Pedro de Atacama. Wtedy wyprawa kończy się w Uyuni. Ta opcja jest nieco bardziej popularna niż start z Tupizy.

 

 

 

Na ile dni kupić wycieczkę?

Na rozwiązanie tego dylematu wpływ ma głównie cena, która plasuje się od kilkudziesięciu dolarów za wycieczkę jednodniową, do kilkuset, a czasem i więcej dolarów za 4-dniową. Moja trwała 3 dni, zapłaciłam za nią 750 boliwianów (110 dolarów – początek 2019 roku). Cena uwzględniała już wstęp do Parku Eduardo Avaroa oraz wysadzenie w San Pedro de Atacama (ciut taniej za powrót do Uyuni).

Opcja jednodniowa to dzień na Salar de Uyuni – czyli tak naprawdę to najważniejsze miejsce. 2 i 3-dniowe wycieczki nie różnią się znacznie od siebie, jako, że ta 3 dniowa to tak naprawdę nieco ponad 48 godzin – 2 noce (dokładnie przeczytajcie program). Zaś ta na 4 dni obejmuje też trekking po wulkanie Tunupa.

Kiedy przeanalizowałam plan wycieczek na poszczególne dni, nie miałam wątpliwości, że to ta 3-dniowa będzie w moim wypadku strzałem w dziesiątkę. Nie żeby przerażał mnie trekking po wulkanie (5321 m n.p.m.), ale pora deszczowa (byłam w lutym) nie jest najlepszym momentem na wizytę u tego jegomościa.

 

 

 

Gdzie zakończyć wycieczkę?

Do wyboru sporo nie ma, bo albo w Uyuni (nawet jeśli wybierzecie start w Tupizie) albo w San Pedro de Atacama w Chile. Wybór zależy od Was, a dokładniej od Waszych dalszych planów podróżniczych. Bo jeśli dopiero co wróciliście z La Paz, to po co tam wracać (no chyba, że chcecie znowu wyspać się w tym jakże wygodnym autobusie linii Uyuni-La Paz). Jeśli wybierzecie metę w Chile, dowiedzcie się przy kupowaniu wycieczki, czy musicie dopłacać za nie wracanie do Uyuni.

Sama wybrałam San Pedro de Atacama. I chociaż poprzez tę decyzję nie miałam ani minuty na zaliczenie gorących basenów przy boliwijskiej granicy z Chile, nie żałuję. A podróż w stronę Chile z najbardziej szalonym kierowcą chyba w całej Ameryce Południowej (na moje oko brał kiedyś udział w rajdzie Dakar)  zapamiętam na długo.

Z San Pedro de Atacama (całkiem urokliwe miasteczko na środku pustyni Atacama – najbardziej suchego miejsca na ziemi) możecie tak jak i ja autobusem przejechać do Calamy, a stamtąd już samolotem gdzieś w świat (w moim wypadku było to Santiago de Chile – bilety w całkiem przyzwoitej cenie).

 

 

 

Kiedy wybrać się na Salar de Uyuni?

Celowo zostawiłam tę rozterkę na koniec. Bo w przypadku boliwijskiej pustyni wybór pory roku ma kolosalne znaczenie.

Opcje są dwie:

Pora sucha

Jeśli chcecie wyżyć się na swoich znajomych wybierzcie porę suchą (od kwietnia do listopada), czyli ten moment, kiedy na Salar powstają najzabawniejsze zdjęcia z ciekawą perspektywą. Przez to, że solnisko jest idealnie proste, można zatracić tu poczucie przestrzeni. Zerknijcie na poniższe zdjęcia. Minusem tej pory jest temperatura, bo wtedy przypada boliwijska jesień i zima, a na wysokości Salar (3653 m n.p.m.) w dzień może nie być cieplej niż 10 stopni. Nocą zaś tyle samo, tyle, że na minusie. Do tego dochodzi silny zimny wiatr. Ale widoki i zabawa przednia, zresztą – zobaczcie poniżej. Pamiętajcie: dobre ubranie to podstawa!

human-eats-human

fotka @braybraywoowoo

 

Pora deszczowa

Jeśli marzy Wam się, żeby utknąć między niebem a ziemią, pora deszczowa (od grudnia do marca) będzie idealna dla Was. Bo na tym płaskim jak stół solnisku po deszczu gromadzi się równa warstewka wody. I wszystko co jest na niebie będzie się odbijało w tym największym na świecie naturalnym lustrze. Jest zdecydowanie cieplej – temperatura powietrza może dobić do 25 stopni za dnia (około 5 nocą). Ten moment nie potrzebuje już więcej słów opisu. Zobaczcie sami.

 

salar-de-uyuni-boliwia

best-places-on-the-earth

czarne kreseczki to ludzie pozujący do zdjęć

 

 

 

Moja 3-dniowa wycieczka po Salar de Uyuni i okolicy

Dzień 1

Wszystko rozpoczęło się w miasteczku Uyuni. Miasteczku z pustynną duszą, gdzie słońce razi chyba nawet nocą. Miasteczku, które być może zostałoby zapomniane przez świat, gdyby nie 60 tysięcy turystów, którzy rokrocznie ściągają tutaj z całego świata w pogoni za swoimi podróżniczymi marzeniami. Wśród nich byłam i ja.

Na początek Cmentarzysko Pociągów

Skąd pociągi znalazły się na pustkowiu? Wina leży poniekąd po brytyjskiej stronie, bo kiedy Boliwia straciła dostęp do oceanu, a zasoby surowców zaczęły się kruszyć, wielcy panowie z europejskiej krainy nie nauczyli nieco biedniejszych i mniej sprytnych Boliwijczyków, że pociągi można by też wykorzystać inaczej, niż tylko do transportu wydobytych minerałów z głębi kraju w stronę wybrzeża Pacyfiku. Przez co na niezbyt wielkiej powierzchni znajduje się plac zabaw dla dorosłych – miejsc do wspinaczek nie brakuje.

Odwiedzone pierwszego dnia cmentarzysko pociągów, tak intensywnie krytykowane przez odwiedzających, ode mnie bynajmniej nie otrzyma negatywnego słowa. I choć wchodzi w plan każdej wycieczki po Salar, prostsze byłoby zastosowanie się do słów: nie chcesz, nie jedź!

 

old-railways-in-boliwian-altiplanoold-train-in-boliwiapolish-flag-on-old-rusty-trainold-rusty-train-in-boliwiablonde-traveler-in-cementary-of-trains-in-boliwiablonde-in-front-of-old-train

Była jeszcze typowo dostosowana pod turystów kolorowa miejscowość z pamiątkami – Colchani. Ale nie widziałam tych magnesów na lodówki ani szkatułek wyrzeźbionych z soli. Moje wszystkie myśli i troski zostały na niebie, na którym z minuty na minutę przybywało burzowych chmur. A ja miałam przecież za minut kilka brodzić po kostki w wodzie po upragnionej pustyni, w której będą się odbijały białe chmury na idealnym błękitnym niebie. Nie ma mowy o pogorszeniu się pogody.

dark-cloudy-sky-in-salar-de-uyuni

chwila grozy – i jak sami widzicie, gorsza pogoda psuje cały efekt pobytu na Salar de Uyuni

 

 

W porze suchej w tym miejscu następuje jeszcze zwiedzanie Isla del Pescado, która z rybami (hiszp. Pescado – ryba) ma tyle wspólnego, co skała niby-ryba na niej. Tak naprawdę wyspa ta jest obficie porośnięta imponującej wielkości i wiekowości kaktusami. A z jej szczytu podobno rozciąga się olśniewający widok na Salar de Uyuni. Ale to sobie zostawiłam na kolejny raz.

Potem była pora na obiad – boliwijskie kurczaki z ryżem i trzema frytkami, trzema, ale dorodnymi. No i coca-cola.

A potem było już jak w bajce. Pogoda dopisała, mało tego – była najbardziej idealna do zwiedzania Salar de Uyuni. Były i skoki, i brodzenie w słonej wodzie po kostki. Jednym słowem, był to kilkugodzinny powrót do dzieciństwa. Gdzieś zgubiłam kalosze pożyczone od kierowcy. Wpadł mi telefon do tej słonej wody, ale spokojnie – ocalał. Potem jeszcze sesja zdjęciowa przy pomniku upamiętniającym poległych zawodników rajdu Dakar (od 2009 roku przeniesionego na kontynent południowo – amerykański) oraz poszukiwania polskiej flagi wśród tych innych z całego świata powiewających na pustynnym wietrze. Znalazłam 🙂

 

jeeps-in-salar-de-uyunigirl-jumping-over-laketwo-guys-taking-shoots-in-boliwian-altiplanobest-places-on-the-earthOLYMPUS DIGITAL CAMERAjeeps-and-people-in-boliwian-altiplano

dakar-monument-salar-de-uyuniworld-flags-waving-on-wind

A potem był najpiękniejszy zachód słońca, bo taki na niebie i ziemi. Zobaczcie sami.

blonde-girl-staying-in-front-of-lakecolourful-sunset-with-blonde-girl-in-frontcolourful-sunset-salar-de-uyuni

 

Na noc wróciliśmy do Uyuni. Hotel czystością ani luksusem nie grzeszył. Ale po tylu emocjach minionego dnia zasnęłabym nawet na betonie. Aha, zapomniałabym, jeszcze była kolacja: boliwijskie kurczaki z ryżem i trzema frytkami, trzema, ale dorodnymi. No i coca-cola.

 

 

Dzień 2

Po najskromniejszym śniadaniu jakie w życiu jadłam, pół godziny planowego czasu na pakowanie spędziłam w jedynej w Uyuni czynnej wcześnie rano restauracji żeby dojeść.

A potem przez kilka długich godzin z szalonym kierowcą i chłopakiem z Chile, Rumunką, jej chłopakiem z Boliwii i jego mamą jechałam po tylko kierowcy znanych drogach. Musiałam uważać, żeby na nierównej nawierzchni nie uderzać rytmicznie głową w sufit i żeby ocalały ze słonej wodnej kąpieli telefon nie wypadł mi przez okno (bo szyby w aucie były brudne, a ja chciałam zrobić dobre zdjęcia). Zamiast sarenek przed maską skakały nam alpaki. To już było przygodą samą w sobie.

 

altiplano-boliwiaalpaca-in-boliwian-stepsboliwian-rocky-desertboliwian-view

A potem nadszedł czas na kolorowe laguny. I na gościa dnia – flamingi! I chociaż pogoda za skurzonym oknem z minuty na minutę przybierała coraz bardziej dramatyczną formę, chociaż szczękałam zębami z zimna przeklinając pod nosem swój pomysł dobrego letniego looku na zdjęciach, chociaż drżącymi lodowatymi rękami raz po raz zmieniałam obiektywy w aparacie, nie zamieniłabym tej szalonej jazdy i tego marznięcia na nawet kilka minut po świeżo wylanym idealnie prostym asfalcie w mercedesie E klasy z podgrzewanymi siedzeniami. Pomyślicie, że jestem szalona. Nie, to flamingi!

boliwian-volcanic-viewboliwian-altiplano-februarydark-sky-in-boliwiapink-flamingos-walking-through-laguna-coloradolaguna-colorada-boliwia-altiplanoflamingos-in-laguna-colorado-boliwia

 

Pomiędzy tymi lagunami była przerwa na obiad: boliwijskie kurczaki z ryżem i trzema frytkami, trzema, ale dorodnymi. No i coca-cola…

Wisienką na torcie był Arbol de Piedra, czyli po polsku drzewo ze skały, a jeszcze bardziej po naszemu, w pewnej skale na pustyni przez setki lat wiatr wyrzeźbił coś na kształt drzewa. Ale tam już z zimna nie wytrzymałam. Dosłownie wybiegłam z auta na 2 minuty, żeby zrobić zdjęcie i wróciłam. Pogoda załamała się totalnie.

 

tree-shaped-rock-in-boliwia

 

Zakończeniem dnia była ekstremalna noc. Wszyscy zostaliśmy ulokowani w jednym pokoju z piętrowymi łóżkami. Hotel (czytaj: chałupa zbita z tego co akurat było pod ręką) ścierki do podłogi długo nie widział. Ale to nie był problem. Problemem mogłyby być boliwijskie kurczaki z ryżem i trzema frytkami… Ale! Tym razem było spaghetti i prawdziwe czerwone wino.

Problemu nie było żadnego. W końcu od czasu do czasu można zaliczyć noc na brudasa. A jeszcze lepiej noc w trybie gotowości – rano nie trzeba myśleć w co się ubrać, bo już wszystko mam na sobie. Zwłaszcza, że pobudka zapowiadała się na 3.30.

 

pinky-sky-during-boliwian-sunset

Laguna Colorada w promieniach zachodzącego słońca

 

 

Dzień 3

Faktycznie pobudka była dość drastyczna. I pewnie gdyby ktoś zainstalował ukrytą kamerę w tymże hotelu nagranie mogłoby podchodzić pod horror o zombie. Więc w takim półśnie wgramoliliśmy się znowu naszą zacną ekipą do auta i ruszyliśmy. Kierowca chyba też jeszcze był w półśnie, bo nie zauważył wyrwy w drodze i nasze auto ledwo uszło z życiem. Nasze głowy i kończymy lekko ucierpiały, ale jedno jest pewne – wszyscy się na dobre obudzili i od tej chwili 7 par oczu bacznie zerkało na drogę w poszukiwaniu nawet najmniejszej dziurki.

 

volcanic-summit-covered-in-clouds

 

Potem było oglądanie gejzerów na najwyżej na świecie położonym polu gejzerów (4300 m n.p.m.) El Tatio przy wschodzącym słońcu i jeszcze dwie godzinki przejażdżki po przygranicznych nierównościach.

Dotarliśmy do basenów termalnych. Ci z ekipy, którzy wracali do Uyuni za kilka boliwianów mogli dostąpić porannego oczyszczenia w tychże zbiornikach. A że ja zdecydowałam się na podbój kolejnego państwa, udałam się z kierowcą rajdowcem ku granicy z Chile, którą to przekroczyłam w jakże pięknie brzmiącej miejscowości Hito Cajon – co po hiszpańsku brzmi ITOKAHON z akcentem na ON.

 

hot-springs-in-chile-boliwia-border

Przekroczenie granicy Boliwia – Chile było niemałą lekcją cierpliwości pod tytułem no problemo, mañana.

welcome-in-chile

 

Wybaczcie, że się znowu tak rozpisałam. Ale kiedy zaczynam pisać, wracam wspomnieniami do tamtych dni, przeżywam to wszystko na nowo. I nie mogę przestać. To jest lepsze niż podwójne espresso. To podróżowanie. To spełnianie swoich nawet tak odległych jak Salar de Uyuni marzeń. Polecam Wam szczerze.

 

 

Co zabrać na wyprawę po Salar de Uyuni?

A jak już zakupicie bilet do Boliwii, pamiętajcie o włożeniu do plecaka tych drobnostek:

  • Odpowiednie ubranie – pamiętajcie, że Altiplano, na którym leży Uyuni to ponad 3000 m n.p.m. i różnice temperatur między dniem a nocą są znaczne. Czapka i rękawiczki mile widziane, nawet latem.
  • Okulary przeciwsłoneczne – obowiązkowo, bo jeszcze nigdy w żadnym miejscu na świecie tak bardzo nie raziło mnie słońce jak w Uyuni. No i krem z filtrem – i to zimą i latem.
  • Klapki albo sandały, jeśli wybierzecie porę deszczową, bo adidasy i inne takie buciki przemokną. Można co prawda wypożyczyć kalosze, ale średnio nadawały się one do skakania. A chodzenie na bosaka jest baaardzo bolesne, już nie wspominając o skakaniu, a raczej lądowaniu. Ostrym lądowaniu.
  • Jeśli przeraża Was spanie pod inną pościelą niż hotelowa biel, śpiwór też będzie dobrą opcją. I nieodłączny przyjaciel każdego bez wyjątku człowieka – papier toaletowy.
  • Tabletki na chorobę wysokościową (zwykła aspiryna albo acetazolamid).

2 komentarze

  1. Katarzyna_Głos z podróży

    Aż mi się gorąco zrobiło z ekscytacji! Muszę tam być i to zobaczyć! Jaki sztos! Wpisuję na moją bucket list😁

  2. receptanapodroz

    polecam Ci z całego serca 🙂 mi zostało jeszcze postawienie stopy na suchej Salar de Uyuni – tak dla porównania 🙂

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *