Camino Primitivo – trekking dla każdego

Jakoś rok temu o tej porze wpadłam na pomysł, żeby udać się pieszo do Santiago de Compostela. Plan ten udało mi się zrealizować wiosną tego roku. O moich początkach na caminowym szlaku pisałam tutaj.

Poniżej możecie dołączyć do moich kolejnych kilometrów  po hiszpańskiej ziemi. Kilometrów, które z perspektywy czasu wspominam z uśmiechem na twarzy i z lekkim wzruszeniem, kilometrów, które zahartowały moją podróżniczą duszę.

Jak czytaliście w Caminowym czyszczeniu głowy dotarłam do miejscowości Salas. Przekonałam się wtedy na własnej skórze, jak źle przygotowałam się do wyprawy, zabierając niepotrzebne rzeczy, przez co mój plecak ważył o wiele za dużo, poza tym miałam na sobie nowe buty (co teraz wydaje mi się naprawdę skrajną nieodpowiedzialnością). Do tego wszystkiego nie miałam z sobą żadnych leków… Pomyślicie co ze mnie za farmaceutka. I macie rację – niejedna osoba, która ratowała moją nogę, patrzyła na mnie powątpiewająco jak dowiadywała się, że zawodowo zajmuję się lekami. Wytłumaczyć mogę się jedynie tym, że nigdy przenigdy nie miałam problemów ze zdrowiem ani w normalnym życiu, ani w żadnej podróży – myślałam, że i tak właśnie będzie na camino. Niestety. Do teraz dokładnie nie wiem, co stało się z moją stopą, że nie chciała sprawować się tak, jakbym ja sobie tego życzyła. Stała się wielka i fioletowa, nawet okłady z lodu, miks maści przeciwzapalnych i jeszcze większy miks leków przeciwbólowych nie chciał jej ani zmniejszyć ani odkolorować.

Na dodatek nie posłuchałam rad “specjalistów od camino” i następnego dnia rano po włożeniu chorej stopy siłą do zbyt ciasnego buta, wpakowaniu przeciążonego plecaka na plecy, wyruszyłam na szlak. W planie miałam dotarcie do Tineo (19 km). Na szczęście tego ranka wyszłam razem z poznanymi dzień wcześniej siostrami z Czech. Na szczęście – nawet wolę nie myśleć co by się stało gdyby nie one.

Ale rano od razu po wyjściu z albergue w Salas, kiedy moja stopa była wysmarowana grubą wartstwą hiszpańskiego Voltarenu, a ja do śniadania połknęłam parę kolorowych kapsułek czułam, że mogę iść przed siebie, że mogę wdrapywać się na coraz wyższe wzniesienia, które co chwilę ukazywały się na naszej caminowej drodze. Do tego miłe polsko-czeskie pogawędki jakoś odciągały moje myśli od bólu. Ale to wszystko trwało do czasu…

Gdzieś za Bodenaya (to ta miejscowość, gdzie znajduje się jedno z najbardziej zachwalanych albergue na Camino Primitivo – przyjazny Hiszpan, który w rodzinnej atmosferze dba o pielgrzymów, serwuje pyszne jedzenie, pierze, daje wygodny nocleg – a to wszystko za free albo co łaska) porozumienie z moją stopą przestało działać, nie mogłam zrobić ani jednego kroku więcej. Ostatnimi siłami dziewczyny pomogły mi doczołgać się do przystanku autobusowego, z którego autobus miał zabrać mnie do Tineo. Po chwili czekania okazało się, że nie czekam nawet na tym właściwym przystanku, a do kolejnego trzeba sporo iść, a raczej biec, bo autobus odjeżdża za chwilę. Uwierzcie, że miałam już łzy w oczach… Ale spadł mi z nieba pewien Hiszpan, który widząć całą sytuację, a zwłaszcza mnie prawie już leżącą na chodniku, zapytał czy nie potrzebujemy podwózki. Nie zastanawiając się ani sekundy, wpakowałam swój plecak i kij do bagażnika, a sama usiadam na tylnym siedzeniu. Po krótkiej i niewyraźnej wymianie hiszpańskich słów ruszyliśmy (nie byłam nawet pewna, czy ten pan wie, gdzie chcę dojechać, ale wtedy było mi to naprawdę obojętne). Jak się później okazało, pan ten był wtedy w pracy, a auto do którego wsiadłam było niczym innym jak taksówką (powiedziały mi o tym Czeszki, kiedy później dotarły pieszo do Tineo), a ja uradowana, że dobry człowiek zaproponował mi życzliwą podwózkę tak o!, nie wpadłam na to, żeby zapytać go ile powinnam zapłacić.

W normalnych okolicznościach nie wsiadłabym do samochodu do zupełnie obcego faceta zupełnie sama, w zupełnie nieznamym zakątku kraju innego niż Polska, do tego z nogą w takim stanie, że nie byłabym w stanie w razie czego przebiec nawet metra, ale w sytuacji życia i śmierci (a wtedy właśnie czułam, że w takim momencie sie znajduję), zapomniałam o wszelkich zasadach bezpieczeństwa i czujności. Na szczęście kierowca odstawił mnie bezpiecznie w centrum Tineo, tłumacząc gdzie znajduje się lekarz, apteka i schronisko i polecając, abym właśnie w takiej kolejności odwiedziła wskazane miejsca.

Oczywiście zrobiłam dokładnie odwrotnie (a ściślej mówiąc udałam się tylko w to ostatnie miejsce), czyli poszłam od razu do albergue. Albergue de Peregrinos Mater Christi w Tineo – schronisko prowadzone przez rodzinę, kiedy zapukałam do drzwi trwała akurat akcja sprzątanie, teoretycznie można się w nim zameldować około 14-15, było przed 11. Kolejny raz na camino przekonałam się o dobroci ludzi. Mogłam zostać w albergue ile tylko chcę, dostałam swój klucz i możliwość wybrania łóżka (na sali znajdowało się kilkanaście piętrowych łóżek, przetestowałam sześć z nich zanim na jednym ulokowałam się na dobre – dobrze, że nikt nie był świadkiem moich poszukiwań tego właściwego, nie będę też tutaj o tym pisać, niech to pozostanie moją przekomiczną tajemnicą). Pani sprzątająca (matka hospitalero, który każdego wieczora pobiera opłatę za pobyt) bardzo przejęła się moją chorą stopą, zaproponowała mi, żebym w albergue została tyle dni ile potrzebuję (zwykle w każdym albergue można spędzić tylko jedną noc).

 

IMG_5977
gdzieś między Salas a Tineo przy kolejnej aplikacji znieczulenia
dav
albergue w Tineo – mogłam wybrać jedno łóżko dla siebie na tyle dni ile potrzebowałam
dav
cierpliwie czekałam przed drzwiami albergue na kolejnych pielgrzymów

 

Moje kolejne trzy dni na camino kręciły się wokół nogi – niestety nie mogłam chodzić, nie mogłam wyjść na szlak. Nie do końca umiałam się z tym pogodzić psychicznie. I tak trasę z Tineo do Pola de Allande a potem do Berducedo, przejechałam autobusami. Nie obyło się bez przygód. Z Tineo ciężko było się wydostać, po wielu godzinach oczekiwania wyjechałam wreszcie z miasteczka szkolnym autobusem!

Albergue w Pola de Allande zapamiętam na długo, głównie przez międzynarodową akcję ratowania mojej nogi – pozostali caminowicze okazali się bardziej odpowiedzialni niż ja i zaopatrzyli się na drogę w niezbędne leki i akcesoria apteczne, którymi obdzieli mnie bez pohamowania – i tak opuszczając albergue w tym miasteczku (niestety nadal autobusem) byłam zaopatrzona w niemieckie bandaże, meksykańskie opaski uciskowe, tabletki pochodziły z tylu krajów, że nie jestem w stanie sobie wszystkich przypomnieć. Na koniec moją grubą stopę obejrzała lekarka z Puerto Rico, zaleciła jeszcze kilka dni odpoczynku i po tym czasie zezwoliła na dalszy marsz. Poczęstowała mnie też kolejnymi kolorowymi pigułkami. Przez te kilka dni zażyłam więcej leków niż przez całe swoje dotychczasowe życie – tak bardzo chciałam wyleczyć nogę i stanąć znów rano z plecakiem w drzwiach albergue. Ale najważniejszym lekiem w sytuacji przeforsowanej nogi jest odpoczynek z uniesioną nogą i zimne okłady…

Ciężko było mi zapanować nad swoją niecierpliwością i jeszcze większą chęcią dołączenia do reszty wesołych caminowiczów. Ale musiałam jeszcze jeden dzień pozostać w pozycji siedzącej (czasem leżącej) oczywiście z uniesioną do góry nogą.

Do Berducedo dojechałam autobusem – jedynym autobusem, który jechał z Pola de Allande. Na przystanku pojawiłam się ponad godzinę przed planowanym czasem jego odjazdu, nie zważałam nawet na padający deszcz. Wiedziałam, że nie mogę go przegapić, bo utknę w tym wymarłym miasteczku na kolejną dobę i nie pozbieram się psychicznie. Poza tym nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam godzinę odjazdu tego autobusu – pytałam w trzech różnych źródłach – każda osoba powiedziała coś zupełnie innego, a na rozkładzie jazdy widniała jeszcze inna godzina. Wyliczając średnią czasów, ustawiłam się na przystanku. Na moje szczęście bus przyjechał z tylko 15-minutowym opóźnieniem. Ale jechał w dobrym kierunku.

 

IMG_6094
łóżko obok łożka – wyobraźcie sobie ten moment kiedy gasną światła i zaczyna się chrapanie!
dav
Pola de Allande – małe asturyjskie miasteczko położone w Górach Kantabryjskich
dav
przymuszony relaks
dav
pożegnalna fotka z Meksykanami (po raz trzeci na camino)

 

Wyobraźcie sobie zdziwienie kierowcy, kiedy wyjaśniłam mu, że jestem caminowiczem – długo musiałam mu tłumaczyć, dlaczego jadę busem a nie idę o własnych nogach. Trasa którą jechałam busem była tak malownicza, tak cudowna, że zapomniałam o kierowcy, tłumaczeniu się dlaczego nie idę, chorej nodze – przykleiłam nos do szyby i nie mogłam go oderwać aż do samego Berducedo. Jechałam przez góry Asturii – gołe skały nie raz pokryte dywanem soczystej zielonej trawy. Do tego wszystkiego przed nami ukazała się intensywna tęcza. Przyroda zrekompensowała mi smutny dzień spędzony w czterech ścianach albergue.

Ubolewałam bardzo, naprawdę bardzo, że tak pięknej trasy nie mogłam przejść o własnych siłach. Zwłaszcza że etap z Pola de Allande do Berducedo jest jednym z tych najbardziej bogatych widokowo, nazywany jest Ruta de los Hospitales (szlak dawnych szpitali). Trasa jest wymagająca, są spore przewyższenia, ale za to jest przepiękna! Trasę tą odradza się ludziom nieobeznananym z chodzeniem po górach, nie warto też wybierać się na nią zimą albo przy złej pogodzie.

W Berducedo przywitały mnie krowy, które przechadzały się po wąskich asfaltowych uliczkach miasteczka. Albergue było malutkie, raptem 12 łóżek (jest jeszcze conajmniej jedno większe w razie gdy zabraknie miejsc w albergue municipal), na szczęście ostatnie łóżko w tym albergue czekało jakby na mnie, przez co mogłam spędzić noc z poznanymi już wcześniej caminowiczami (Czeszkami, Niemcem, Amerykaninem z San Francisko). Ale największą niespodzianką było dla mnie spotkanie Niemki, którą poznałam w pierwszym albergue na szlaku (tej, która przestrzegała mnie przed przechodzeniem nogi, doradzała mi, że mam za ciężki plecak i powinnam wyrzucić większość rzeczy). Nie powiedziała mi tego, ale wiem, że aż cisnęło jej się na język A NIE MÓWIŁAM, kiedy przedstawiłam jej po krótce swoje stopowe perypetie. Mimo wszystko była bardzo życzliwa (o dziwo tylko dla mnie, resztę caminowiczów traktowała jak dyktator!). Dostałam od niej nawet kilka homeopatycznych granulek, które miały wręcz donieść mnie do Santiago już bez odrobiny bólu. Nie zdecydowałam się na przetestowanie tego specyfiku, być może dlatego moja droga do Santiago bardziej przypominała drogę krzyżową niż przyjemny trekking po górach.

 

dav
etap do Berducedo to jeden z najbardziej malowniczych na Camino Primitivo
dav
a wieczorem śpiewaliśmy Somewhere over the rainbow 🙂
dav
na Camino Primitivo poznacie Hiszpanię jakiej nie spotkacie ani w Madrycie ani w Barcelonie

 

Przy wieczornym stole zebrała się dosyć młoda ekipa caminowiczów (polsko-czesko-litewsko-rumuńska) i wzięło nas na filozoficzne rozkminy życiowo-caminowe. Na zakończenie pośpiewaliśmy Somewhere over the rainbow przy akompaniamencie gitary w rękach Kanadyjczyka. Mogliśmy pójść spać.

Kładąc się na trzęsącym się piętrowym łóżku (ja na górze, na dole pani Niemka, która przez całą chrapała tak mocno, że budząc się co jakiś czas zastanawiałam się, czy nie zamieniła się miejscami z którymś z mężczyzn tam obecnych) postanowiłam, że nie zważając co na to moja stopa, jutro wyruszę znowu na caminowe dróżki. Poprawił mi się humor kiedy podjęłam taką decyzję, zasnęłam z lekkim dreszczykiem emocji.

Jak wspaniale było wstać rano i uczestniczyć znowu w tej przedświtowej krzątaninie ludzi szykujących się na kolejny etap Camino Primitivo. Z radości postanowiłam nawet zrobić wszystkim po kubku gorącej miętowej herbaty (przywiezionej z Polski) i byłam tak podekscytowana, że zaczęły mi się mylić języki (na długo zapamiętam zdumienie na twarzy Rumunki, kiedy zapytałam ją po polsku czy może mieć herbatę z szklance, bo nie ma więcej kubków 🙂 ).

A na dworze pada i wieje. Co ani o milimetr nie zmniejszyło mojego uśmiechu na twarzy, bo czułam się najszczęśliwsza na świecie, że mogę znowu z innymi iść w stronę Santiago. Szczelnie opatulona i ja i mój plecak, krok za krokiem musiałam rozruszać moją sztywną od niechodzenia przez trzy dni stopę (na szczęście przez w miarę odpowiednią ilość godzin uniesienia jej do góry, bardzo odpowiednią grubość warstwy meksykańskiego Voltarenu i idealnie naciągniętą niemiecką super opaskę uciskową, stopa weszła do buta).

Szłam dzielnie przed siebie, Czeszki razem ze mną. Zebrało się na tych hiszpańskich uliczkach jeszcze kilka znajomych osób (Kulumbijczyk, paru Hiszpanów, Kanadyjczyk), raz oni nas wyprzedzali, żeby potem znowu my ich. I tak w kółko. Nasze oczy cieszyły się widokiem gór, krów, wiatraków, bujnej roślinności. Potem szłyśmy przez wypalone lasy, nasze oczy wtedy się smuciły. Potem przed nami ukazało się jezioro, na końcu którego gdzieś tam znajdował się koniec naszej dzisiejszej trasy.

 

dav
najlepsza mapa każdego caminowicza – żółte strzałko-muszelki
dav
przepiękne widoki zrekompensowały mi trzy dni niemocy
IMG_6184
na camino spotkacie wspaniałych ludzi – mogę Wam to zagwarantować
dav
etap z Berducedo go Grandas de Salime biegnie przez malownicze tereny Asturii
IMG_6171
krów na Camino Primitivo jest zdecydowanie więcej niż ludzi
IMG_6190
czesko-hiszpańsko-polskie towarzystwo caminowe
dav
po drugiej stronie jeziora znajduje się cel tego etapu
dav
wypalone lasy Asturii

 

Po drodze zatrzymało nas pobrzękiwanie znajomej już kanadyjskiej gitary – wesoły Kanadyjczyk postanowił zrobić muzykalny postój, przyciągnął tą gitarą wokół siebie całkiem spore grono, w tym też i nas. Siedzieliśmy na podłodze wokół niego, podśpiewywaliśmy coś tam pod nosem (prawie nikt nie znał słów), na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, ruszyliśmy dalej, najpierw w większej grupie, potem każdy wędrował swoim tempem, przez co spotkaliśmy się dopiero kilka godzin później w albergue w Grandas de Salime (pierwsze albergue gdzie było wi-fi, na które rzucili się wszyscy, ja też!).

 

dav
w takiej scenerii nawet reszki jedzenia smakują przepysznie
dav
Kanadyjczyk przeszedł swoje camino z gitarką
dav
muzyczne spotkanie międzynarodowe
dav
gdzieś w asturyjskich górach

 

Do Santiago de Compostela zostało mi 182 km. Przysięgłam sobie, że dojdę do końca o własnych siłach.

Postanowienia dotrzymałam.

O tym co się czuje stojąc u celu swojej wędrówki przeczytacie tutaj.

Jeśli i Wy zastanawiacie się nad  swoim camino, najlepiej już teraz kupcie bilet, bo nad tym nie ma się zbyt długo co zastanawiać. To może być Waszą przygodą życia, a już na pewno wzmnocni Was jako człowieka i podróżnika.

Zanim jeszcze spakujecie swój plecak, zerknijcie szybko TUTAJ, żeby przygotować się na marsz do Santiago nieco lepiej niż ja.

A ja trzymam kciuki za wszystkich caminowiczów roku 2018! 🙂

 

Jedna myśl na temat “Camino Primitivo – trekking dla każdego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s