Ten post będzie obszerny, ale i krótki zarazem.
Obszerny, bo znajdziecie w nim dokładny TRZYTYGODNIOWY PLAN ZWIEDZANIA Ameryki Środkowej.
Krótki, bo tym razem uchronię Was przed moim zbytnim rozpisywaniem się.
Plan zawiera linki odsyłające do bardziej szczegółowych postów dotyczących poszczególnych miast i państw w tej części świata. Jeśli więc któraś z miejscówek bardziej Was interesuje, klikajcie, a migiem przeniesiecie się do wpisów zawierających szersze informacje i co ważniejsze, sporo autorskich zdjęć.
We wpisie znajdziecie linki do wszystkich miejsc noclegowych, z których korzystałam, a także listę odwiedzonych restauracji. Pamiętajcie jednak, że Ameryka Środkowa nie jest najlepszym wyborem dla kulinarnych poszukiwaczy.
To mój autorski plan. Jest dość intensywny, bo tak lubię podróżować najbardziej. Na odpoczynek znajdzie się czas poza urlopem!
Swoją podróż rozpoczęliśmy w Panamie, skąd udaliśmy się kolejno do Kostaryki, Nikaragui, Salwadoru, Gwatemali, wreszcie do Cancún w Meksyku i wróciliśmy do Europy. Do Ameryki Środkowej polecieliśmy Turkish Airlines z Pragi z przesiadką w Stambule. Bilety kupiliśmy w promocji za 2300 złotych w obie strony z bagażem rejestrowanym.
Dzień 1: Panama City, Kanał Panamski
Do stolicy Panamy — Panama City przylecieliśmy w nocy, dlatego zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy kolejnego dnia od kilkukilometrowego spaceru po Starym Mieście.
- San Felipe: To inaczej Casco Viejo — jedna z dwóch najstarszych dzielnic Panamy, wpisana do UNESCO. To najbardziej klimatyczna część miasta, gdzie ciekawa architektura i możliwość spaceru z widokiem na „wieżowcową” część miasta to to, czym szczyci się Casco Viejo. Warto zagubić się tu wśród kolorowych uliczek.
- San Felipe Neri Public Market: To dobre i tanie miejsce na zjedzenie tutejszych owoców morza albo wypicie świeżo wyciskanego soku z pomarańczy.
- Cinta costera: To słynna panamska promenada nadmorska, gdzie z jednej strony ciągnie się Atlantyk, z drugiej panamskie drapacze chmur. Można dojść do jej końca, czyli aż do Panama City Skyline.
W drugiej połowie dnia już Uberem pojechaliśmy na własne oczy zobaczyć największe bogactwo Panamy — Kanał Panamski, o którym ze szczegółami pisałam w tym wpisie.
Nocleg (2 noce): Hotel Caracas. Nie wybrałabym go po raz drugi. Jego jedynym plusem była lokalizacja.
Restauracja: Diablicos. Jedzenie w Panamie było trudne do przełknięcia. Nawet wtedy, kiedy wybraliśmy lokale z wysokimi ocenami.
A tu znajdziecie 40 ciekawostek o PANAMIE.

Dzień 2: Panama City, San José – Kostaryka
Rano wróciliśmy jeszcze do Casco Viejo, bo moim zdaniem to najpiękniejsza część Panama City. Chcieliśmy jeszcze raz pospacerować zadbanymi wąskimi uliczkami. Ta część miasta do złudzenia przypominała mi Cartagena de Indias w Kolumbii.
Następnie Uberem dotarliśmy na lotnisko Panama City (BLB).
UWAGA! Panama City ma dwa lotniska:
- Port lotniczy Tocumen Intl Arpt posługuje się kodem PTY. Z lotniska operują takie linie lotnicze jak Air Europa, Air France, Condor, Emirates, KLM, TAP Portugal.
- Lotnisko Panamá (IATA: BLB, ICAO: MPHO), znane również jako Howard Airport, to międzynarodowy port lotniczy. Wylecicie stąd bez przesiadek do 4 krajów: na Kubę, do Kolumbii, Ekwadoru oraz Kostaryki.
To właśnie ten ostatni kraj był naszym kolejnym celem. Przylecieliśmy do stolicy Kostaryki — San José. Tutaj od razu wynajęliśmy auto, by przez kilka kolejnych dni przejechać przez Kostarykę.
Planowałam jeszcze w tym samym dniu odwiedzić którąś z okolicznych plantacji kawy, jednak pilot samolotu tuż przed dotknięciem płyty lotniska postanowił jeszcze chwilę polatać nad miastem. Ponadto olbrzymia kolejka do odprawy lotniskowej i niezbyt dobra organizacja wypożyczalni aut ukradły nam kilka cennych godzin tego dnia. Zamiast na plantację kawy udaliśmy się na polowanie jedzenia.
Mimo wszystko zostawiam tutaj link do kilku plantacji kawy, które znalazły się na mojej liście. Przyda się na przyszłość.
- Lista siedmiu najbardziej polecanych plantacji kawy w Kostaryce.
- Nie tylko plantacja kawy, ale też interesujący trekking i wizyta w Mano de Mantra – to ta słynna ręka.
- Hacienda Alsacia Starbucks Coffee Farm, czyli plantacja kawy słynnego Starbucksa.
My zaś wybraliśmy się na wieczorną przejażdżkę po San José. Nie zauroczyło nas niczym wyjątkowym. Jeśli i Wy chcecie poznać to miasto, polecam właśnie wieczorną/nocną przejażdżkę. Unikniecie wtedy stania w nieprzesuwających się korkach.
Nocleg: Hotel Columbus. Zwykły hotel, bez większych zastrzeżeń.
Restauracja: YeYo’s. Mogę śmiało rzec, że było to pierwsze miejsce z dobrym jedzeniem w tej części świata.

Dzień 3: Blue Falls of Costa Rica, Catarata del Toro, gorące źródła
Choć zerwaliśmy się dość wcześnie rano i tak utknęliśmy w olbrzymim korku. Na podstawie doświadczeń z tej części świata śmiem twierdzić, że statyczne korki są tutaj codziennością. Dlatego planując tripa po Ameryce Łacińskiej, uwzględnijcie ten czynnik.
Przez ponad połowę dnia wędrowaliśmy przez przepiękny park narodowy Blue Falls of Costa Rica. Kostaryka wręcz naszpikowana jest wszelkiego rodzaju parkami narodowymi, rezerwatami, wodospadami i innymi atrakcjami turystycznymi, dlatego nie jest łatwo podjąć decyzję, co wybrać dla siebie. Po wnikliwej analizie zdecydowałam się na nieco mniej popularny wśród turystów park z przecudnymi wodospadami. W niektórych z nich można się nawet kąpać.
Odwiedziliśmy też Catarata del Toro. Cóż Wam powiem – WOW!
Wieczorem udaliśmy się do miasta Fortuna, słynącego przede wszystkim z wulkanicznych gorących źródeł. Można tutaj wydać naprawdę fortunę! Chcąc tego uniknąć, na nocleg wybraliśmy tipi, zaś w bardzo budżetowy sposób skorzystaliśmy z uroków gorącej wody. Jeśli wybieracie się w tę okolicę, znajdziecie tu hotele na każdą kieszeń, od zwykłych hosteli położonych bardziej w centrum miasta, po luksusowe pięciogwiazdkowe SPA z widokiem na wulkan Arenal górujący nad okolicą, oblegane głównie przez turystów z Azji, USA oraz Niemców.
Zostawiam Wam dokładny opis jak skorzystać z darmowych gorących (choć tu bardziej pasuje słowo: ciepłych) źródeł w okolicy miasta Fortuna. Sprawdziłam na własnej skórze, faktycznie opłata wiązała się tylko z banknotem o niewielkim nominale wręczonym parkingowemu. Jedynym dla mnie zaskoczeniem było ujrzenie dziesiątek ludzi z całego świata leniwie wylegujących się w płytkiej ciepłej wodzie.
Nocleg: Socialtel La Fortuna
Restauracja: Balcón Arenal Restaurante y Sport Bar Lazy Twins. Polecam również dla klimatu – wieczorami muzyka grana na żywo.

Dzień 4: Místico Arenal Hanging Bridges, Playa Flamingo
W nocy obudziły mnie ciężkie krople deszczu uderzające o blaszany dach naszego tipi. W Kostaryce tak intensywnie pada o tej porze roku? Nie, to pewnie odgłos czegoś innego! – pomyślałam i zasnęłam. Ale kiedy rano hałas nie ucichł, wyjrzałam zatroskana na zewnątrz. Lało od kilku godzin, bo wokół nas zdążyło się już zebrać kilka wielkich kałuż. Zmartwiłam się, bo tego dnia mieliśmy odwiedzić Parque Nacional Volcán Arenal. Niezbyt uśmiechało nam się spacerować zabłoconymi ścieżkami. Poza tym nie byliśmy przygotowani na taką pogodę.
Poniżej zostawiam jednak kilka informacji na temat zwiedzania Parku Arenal.
Po krótkiej analizie naszego planu i sytuacji pogodowej zdecydowaliśmy się na wizytę w Místico Arenal Hanging Bridges. I wiecie co? Przepadłam tutaj. Choć z parku wyszłam przemoczona do suchej nitki, zakochałam się w tym miejscu, a intensywny deszcz tylko wzmógł doznania, które funduje las. Więcej informacji znajdziecie w tym wpisie.
Na naszej liście był jeszcze Parque Nacional Volcán Tenorio. Jednak ze względu na pogodę oraz to, że podobny zjawiskowy kolor wody widzieliśmy już poprzedniego dnia, udaliśmy się na wybrzeże Pacyfiku, by rozgrzać się w promieniach słońca.
Jeśli jednak zakochaliście się w wizji zobaczenia Rio Celeste (to ta rzeka o obłędnym turkusowym kolorze), wybierzcie się do Parku Narodowego Wulkanu Tenorio. Wstępując do niego, czeka na Was nie tylko ta rzeka i wodospad z błękitną laguną, ale też las deszczowy, czyli niezwykle bujna tropikalna roślinność.
My zaś udaliśmy się w poszukiwaniu rajskiej plaży, co okazało się nie lada wyzwaniem. Kto by pomyślał, że w Kostaryce nie każda plaża porywa swoim pięknem? O kostarykańskich plażach więcej przeczytacie tutaj.
W drodze do Liberii, gdzie czekało na nas już wygodne łóżko (a raczej cztery, bo taki otrzymaliśmy pokój), oddaliśmy samochód na lotnisku na obrzeżach miasta, zaś drogę do hotelu odbyliśmy Uberem, który w tej części świata funkcjonuje niezawodnie i jest dość tani.
Nocleg: Hotel Javy. Zjecie tu lokalne kostarykańskie śniadanie.
Restauracja: Hemingway’s. To zdecydowanie mój numer jeden w tej części Kostaryki!
Na zakończenie, jak przy innych państwach tego tripa, zostawiam Wam 40 ciekawostek o KOSTARYCE.

Dzień 5: Granada – Nikaragua, Wulkan Masaya
Nasz autobus planowo miał zabrać nas z Liberii do Granady w Nikaragui o 9 rano. Przezornie na przystanku pod mostem zjawiliśmy się w półgodzinnym wyprzedzeniem. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w tej części świata autobusy jeżdżą według tylko sobie znanemu rozkładu jazdy. Po prawie dwóch godzinach czekania i europejskiej irytacji pojawił się w końcu i ruszyliśmy na podbój kolejnego latynoskiego kraju – Nikaragui.
Tu zabukujecie swój przejazd autobusem – Tica Bus.
Obeznani z Nikaraguą pewnie spodziewają się tutaj wpisu z Ometepe, ale ja świadomie zrezygnowałam z tego miejsca. Na wulkany jeszcze przyjdzie czas podczas tej podróży, chciałam też ustrzec nas przed nadmierną turystyką. Na Ometepe zaś dociera prawie każdy turysta zjawiający się w Nikaragui.
To od Granady zaczęliśmy poznawanie Nikaragui. Mieliśmy wykupioną wycieczkę na ciągle aktywny wulkan Masaya i z coraz większą trwogą spoglądałam na zegarek. Opóźnienie naszego autobusu urosło na trasie i do Granady dotarliśmy na styk. Na szczęście organizator wyprawy na Masaya, jak wtedy jeszcze myślałam, poszedł nam na rękę i gdy tylko zostawiliśmy bagaże w hotelu w samym sercu miasta, odebrał nas z hotelowego lobby. Jak się okazało, nasza wycieczka stała się private tour, choć sama takiej nie kupowałam. Najwidoczniej nikt inny nie dołączył do naszej dwójki, a organizator tym niewinnym kłamstewkiem chciał nas zapewnić, że jesteśmy w najlepszych rękach.
Wizyta na wulkanie Masaya bardzo mnie rozczarowała. Dlaczego? Przeczytacie w tym wpisie.
Po powrocie do Granady oddaliśmy się już tylko kulinarnemu poznawaniu miasteczka. Miasteczka, które rozkochało mnie w sobie od pierwszego spojrzenia. Nie tylko na talerzu. Ale o tym przeczytacie tutaj.
Nocleg: Socialtel Granada. Polecam Wam hotele tej sieciówki! Znajdziecie je w różnych miastach Ameryki Latynoskiej oraz w Tajlandii.
Restauracja: Asarte Restaurante & Grill

Dzień 6: Granada i León
Kolejny dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie i skorzystaliśmy z zorganizowanej, ale kameralnej wycieczki kajakowej po jednym z najpiękniejszych zakątków Ameryki Środkowej — jeziorze Cocibolca. Więcej o tej atrakcji przeczytacie tutaj. Jeśli i Wam chodzi po głowie podobna myśl, kluczowa jest tutaj wczesna godzina. Unikniecie nie tylko palących promieni słońca, tłumów turystów na jeziorze, ale przede wszystkim zetkniecie się z budzącą się do kolejnego dnia naturą.
Przez kolejne kilka godzin oddałam się spokojnemu zwiedzaniu uroczej Granady. Wybrałam się na kolorowy fotospacer, którego efekt zobaczycie w tym wpisie.
Następnie busem zarezerwowanym w hotelu — polecam Wam pytać o wycieczki i transport w recepcji hoteli, zwykle osoby pracujące w tych miejscach posiadają więcej informacji niż sam Internet. Przynajmniej w tej części świata.
León, dawna stolica kraju, porwała mnie nieco mniej niż Granada. Zjawiskowa katedra w León była zdecydowanie numerem jeden. O największych atrakcjach tego miasta pisałam więcej w tym poście.
Hotel: Harvest House. To miejsce prowadzone przez lokalną troskliwą rodzinę. UWAGA! Dogadacie się tu tylko w języku hiszpańskim.
Restauracja: Sua León Cocina Mediterránea. Restauracja serwuje dania kuchni śródziemnomorsiej w latynoskiej odsłonie. Nie oczekujcie tu nieba w gębie.

Dzień 7: Wulkan Cerro Negro, Managua
Wizyta na dachu słynnej katedry z León, była jednym z dwóch powodów mojej podróży do tego miasta. Drugim powodem był zjazd na drewnianej desce ze szczytu wulkanu Cerro Negro. O tej szalonej przygodzie przeczytacie więcej w tym wpisie.
Większość wycieczek, z których korzystałam w Ameryce Środkowej, bukowałam z wyprzedzeniem na stronie Viator lub Get Your Guide. Ceny na obu portalach były bardzo zbliżone, przy wyborze zwykle sugerowałam się zwykle programem, dostępnym terminem oraz ilością uczestników. Polecam Wam obie strony. Wygodne w nich było to, że każda taka wycieczka rozpoczynałam się i kończyła w naszym hotelu, dlatego nie musieliśmy już na własną rękę przemieszczać się po nieznanych nam terenach.
Budni i zakurzeni po szalonym zjeździe z wulkanu udaliśmy się na dworzec autobusowy z León, by złapać autobus do stolicy kraju — Managua. Nie minęły dwie minuty, a już trzymaliśmy w dłoniach bilety, chwilę później kierowca niewielkiego busa ulokował na dachu nasz bagaż, my zaś wgramoliliśmy się do wnętrza auta. Bus był przepełniony, bez klimatyzacji, miał też imponująco pękniętą przednią szybę. Nikomu to jednak nie przeszkadzało.
Polecam Wam skorzystanie właśnie z takiego klasycznego środka transportu, jakim zwykle przemieszczają się miejscowi. Co prawda zajmie Wam to ciut więcej czasu niż transport dedykowany turystom, ale zaoszczędzicie nieco gotówki, ponadto jest to doskonała lekcja poznania innej kultury i też wspaniały kabaret. W każdym nieco mniej cywilizowanym zakątku świata, gdzie miałam okazję podróżować wraz z miejscowymi, nie mogłam wyjść z zachwytu, zaskoczenia i ciekawości.
Dotarliśmy do Managua późnym wieczorem. Sugerując się niezbyt pochlebnymi opiniami o bezpieczeństwie tego miasta, postanowiliśmy odpuścić zwiedzanie. Wybraliśmy się jedynie do najbliższej restauracji — meksykańskiej, dlatego udało nam się zjeść coś dobrego.
Nocleg: Hotel Valerie
Restauracja: Papi Tacos – znośne, bo z meksykańskim sznytem.
Tu znajdziecie 30 ciekawostek o NIKARAGUI.

Dzień 8: Przejazd do Salwadoru przez Honduras
Tej nocy nie spaliśmy zbyt dobrze. Nie tylko z powodu tego, że autobus do Salwadoru startował już o pierwszej w nocy. Mieliśmy przed sobą kilkanaście godzin podróży do Salwadoru, z przeprawą przez Honduras, a trasa ta nie należy ani do przyjemnych, ani do najbezpieczniejszych. Ponadto czekał nas też dwudziestominutowy nocny spacer na przystanek, skąd ruszał autobus.
Skorzystaliśmy z Transporte del Sol i uważam, że wywiązał się całkiem imponująco. Dodam, że w całym wielkim autokarze, gdzie miejsca siedzące wypełnione były do ostatniego, byliśmy jedynymi Nielatynosami, co wywołało kilka zabawnych sytuacji. Dzieliłam się tymi historiami na swoim Instagramie — zapisane relacje z Nikaragui.
Docelowo mieliśmy dotrzeć do stolicy Salwadoru — San Salwador. Po drodze jednak wydarzyło się kilka przeciwności losu i stało się inaczej. Przekroczenie granicy Nikaragua — Honduras pozwoliło nam uwierzyć, że wszystko będzie tak, jak planowaliśmy, czyli bezproblemowo, bezstresowo i w miarę punktualnie. Granica między Hondurasem a Salwadorem nieco nadszarpnęła nasze nerwy, ale będą ją wspominać z przymrużeniem oka i ostatecznie zabawnie. Problemy rozpoczęły się dopiero w Salwadorze. Kraju tego obawiałam się najbardziej, przede wszystkim ze względu bezpieczeństwa. Długo zastanawiałam się, czy rozsądnie będzie wypożyczyć tu samochód i przejechać część kraju zupełnie na własną rękę. Ostatecznie nic złego nam się nie stało, ale niesmak do Salwadoru pozostał.
Ale po kolei. Kiedy nastał dzień, a nasz autobus przekroczył już ostatnią granicę, rozpoczęły się wszędobylskie korki. Z tego powodu nasz planowany przyjazd do stolicy kraju na godzinę 11 poszedł w niepamięć. Na domiar złego otrzymałam wiadomość z wypożyczalni samochodów w San Salwador, że nasz zabukowany ze znacznym wyprzedzeniem samochód wcale nie będzie tam na nas czekał. Zdesperowana poprosiłam Juana z owej wypożyczalni, aby pomógł nam wyjść z tarapatów i znalazł zastępcze auto. Znalazł, ale w innym mieście. Nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy na własne życzenie opuścić nasz latynoski autobus w najbliższym mieście i dalej pojechać już wynajętym autem.
Nie było to auto naszych marzeń, ale bezpiecznie dowiozło nas nad samo wybrzeże Pacyfiku, gdzie wyczerpani ponad połową doby spędzoną w środkach transportu podziwialiśmy przepiękny zachód słońca, taplając się w basenie z orzeźwiającą wodą.
Salwador słynie z pięknych plaż i doskonałych warunków do surfowania. Więcej przeczytacie o tym w tym wpisie. My sami mieliśmy w planach jeszcze zwiedzanie El Tunco oraz, jeszcze lepszego, El Zonte, zabrakło nam dnia, a jeszcze bardziej sił.
Nocleg i Restauracja: Reef On The Water. Nocleg polecamy, restauracji zdecydowanie nie.

Dzień 9: Salwador
Nie mieliśmy sił zebrać się wcześnie rano, dlatego nasz plan na zwiedzanie Salwadoru uległ lekkiej modyfikacji.
Przez pół dnia jeździliśmy nieco bez celu, ciesząc się otaczającą przyrodą, a uwierzcie mi, w Salwadorze jest co podziwiać! Zachwycaliśmy się też drogami Salwadoru, które okazały się najlepsze w tej części świata. Niejedno europejskie państwo może ich śmiało pozazdrościć. Próbowaliśmy wejść na wulkan Santa Ana, lecz zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Postanowiliśmy wrócić tu kolejnego ranka.
Chcieliśmy też zrelaksować się nad salwadorskim jeziorem Coatepeque, ale na próżno szukać tam publicznej plaży. Praktycznie cały obszar wokół jeziora znajduje się w prywatnym posiadaniu. Uparliśmy się jednak, że posiedzimy nad jego brzegiem, dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na wizytę w jednej z przybrzeżnych restauracji. Wizyta ta okazała się fatalna w każdej możliwej postaci, dlatego nie zamieszczam tu linka.
Nieco zniesmaczeni takim biegiem wydarzeń, pojechaliśmy do naszego miejsca noclegowego, które okazało się bajką. To był zdecydowanie nasz najlepszy nocleg podczas całego tripa po Ameryce Środkowej i jeśli jeszcze kiedyś wrócę do tego kraju (choć szczerze w to wątpię), będę znowu spała w tej jakże miękkiej białej pościele, by rano ubrana w biały świeżo wykrochmalony szlafrok zerkać na wschodzące nad wulkanem słońce.
Nocleg i Restauracja: Casa 1800 Los Naranjos. Polecam zarówno nocleg, jak i restaurację (tylko nie zamawiajcie michelady)!

Dzień 10: Wulkan Santa Ana, La Ruta de Las Flores
Tym razem się udało i pierwsze pół dnia spędziliśmy wspinając się na i z wulkanu Santa Ana. Wybraliśmy opcję z przewodnikiem oraz bardzo liczną grupą, co nie do końca było trafnym strzałem. Dlaczego? Przeczytacie w tym wpisie.
Santa Ana, a dokładnie przewodnik oraz liczna grupa pochłonęli więcej czasu, niż sama planowałam na zdobycie wulkanu, dlatego ostatnią atrakcję Salwadoru, na którą zresztą czekałam najbardziej, musieliśmy zrobić bardzo ekspresowo. Zapiski z szybkiej objazdówki po cudownej i malowniczej La Ruta de Las Flores znajdziecie w tym poście.
Nocleg: Villa La Casita
Noclegu tego zdecydowanie NIE POLECAM. Po pierwsze, kontakt z właścicielką domu był bardzo ograniczony. Wisiała już nad nami wizja spania pod domem. Kiedy w końcu zjawiła się przed nim, zaczęła coś kręcić, że zmieni nam pokój, aby był z Internetem. Kiedy już coraz bardziej wyczerpani i źli znaleźliśmy się w niewielkim dusznym pokoju na przodach jej domu, okazało się, że nie tylko nie mamy klimatyzacji, ale też papieru toaletowego, a w końcu nawet wody pod prysznicem. Za późno jednak było na zmiany, nie chcieliśmy kręcić się po dość niebezpiecznym mieście Santa Ana już po zmroku, postanowiliśmy więc jakoś przetrwać tę noc.
Obudziło nas walenie w drzwi krótko po piątej. Brak klimatyzacji zmusił nas do spania przy otwartym oknie. Co prawda były w nim kraty, strach nie pozwolił nam jednak poruszyć się w łóżku. Pukanie i wołanie nie cichło, tuzin czarnych scenariuszy przemknął mi przez głowę. Musieliśmy jednak w końcu wstać. Zdecydowaliśmy się razem uchylić zasłony i zmierzyć się z szaleńcem. Okazało się, że to kilkunastoletni chłopak, kolejny gość Villa La Casita, który został wykiwany przez właścicielkę obiektu.
Na zakończenie przeczytajcie 35 ciekawostek o SALWADORZE.

Dzień 11: Gwatemala City, Antigua
Wcześnie rano, już tylko z czterdziestominutowym opóźnieniem ruszyliśmy do kolejnego kraju — Gwatemali. Linia autobusów godna polecenia. Numerowane siedzenia, gdzie już na etapie zakupu biletów mogłam bezpłatnie wybrać siedzenia w pierwszym rzędzie na pierwszym piętrze, przez całą więc trasę mogłam cieszyć się panoramicznym widokiem. Załoga pokładu troszczyła się o pasażerów, bo schłodzone napoje do wyboru z szerokiej gamy znanych puszek, a także jedzenie, o dziwo dość pyszne jak na tę stronę świata sprawiły, że autokar ten był zdecydowanie najmilej wspominanym przez nas środkiem transportu w tej części świata. Z przyjemnością pozostawiam tu link do strony przewoźnika.
Autokar wysadził nas w stolicy kraju — Gwatemala City, olbrzymiej metropolii, najludniejszym mieście w Ameryce Środkowej. Nie chcąc tracić czasu, skorzystaliśmy z Ubera, który w niezbyt wygórowanej cenie i prawie nie stojąc w korkach w godzinę zawiózł nas do Antigua Gwatemala.
Antigua de Guatemala to moja miłość od pierwszego wejrzenia. Zresztą uczciwie muszę przyznać, że tak samo jak cała Gwatemala. Jeśli miałabym wrócić do Ameryki Środkowej, mój wybór padłby właśnie na Gwatemalę. Po porzuceniu bagaży w hotelowym pokoju zniecierpliwieni udaliśmy się na zwiedzanie Antiguy. Nie zabrakło też pysznego jedzenia. Serio, w Gwatemali jedzeniu bliżej do meksykańskiego, dlatego zrobiło się już przepysznie.
O atrakcjach Antiguy przeczytacie tutaj. Oddaliśmy się spokojnemu zwiedzaniu, by naładować baterie przed największą atrakcją naszej wyprawy po Ameryce Środkowej.
Nocleg: Hotel las Camelias Inn
Restauracja: Restaurante Fridas. Mocne 5 na 5!

Dzień 12: Wulkan Acatenango
Wcześnie rano, zaopatrzeni w najpotrzebniejsze artykuły, mnóstwo wody do picia oraz przekąski na drogę, zjawiliśmy się w wyznaczonym miejscu, gdzie czekała już reszta międzynarodowej grupy chcąca razem z nami wspiąć się na wulkan Acatenango.
Bez zbędnego rozpisywania odsyłam Was do wpisu dedykowanemu cudownemu Acatenango.
Nocleg: drewniany szałas 3200 metrów n.p.m.

Dzień 13: Wulkan Acatenango, Panajachel
Po jednej z najtrudniejszych nocy w moim życiu, spowodowanej chorobą wysokościową, wszędobylskim wulkanicznym czarnym kurzem oraz zimnem, zdecydowaliśmy się wraz z nielicznymi osobnikami naszej międzynarodowej grupy dokonać ataku szczytowego na Acatenango. Ze spływającymi po zakurzonych policzkach łzami udało mi się w końcu stanąć na samej górze. Nie mam z tamtego wydarzenia zbyt wielu zdjęć, zamarznięte palce nie pozwoliły na takie rarytasy.
Kiedy słońce pojawiło się nad wulkanem Agua, ruszyliśmy z powrotem do bazy, by po szybkim śniadaniu zejść z wulkanu. Zejście okazało się tak samo wymagające jak wejście, brak stabilnego podłoża wymusił na nas niemałe skupienie, aby przy pierwszym możliwym zakręcie nie wywinąć orła. O dziwo udało nam się dotrzeć do punktu startu jeszcze przed planowanym czasem, dlatego też w samej Antigua pojawiliśmy się wcześniej, niż zakładano.
Na szczęście uprzejma pani w recepcji naszego poprzedniego hotelu, gdzie też przechowaliśmy większość niepotrzebnych na szczycie wulkanu rzeczy, ekspresowym tempem zorganizowała nam dwa wolne miejsca w najbliższym busie zmierzającym do Panajachel — naszej kolejnej miejscówce położonej nad jeziorem Atitlán.
Już na miejscu, brudni i totalnie wyczerpani, znaleźliśmy siły tylko na posiłek w indyjskiej restauracji, na szybkie podziwianie zachodu słońca nad wulkanami okalającymi jezioro Atitlán i poszliśmy spać. Po uprzednim prysznicu ma się rozumieć!
Nocleg: Hostal Sweet Dreams
Restauracja: Delhi 6. Nie polecamy. Wybraliśmy ją tylko z braku sił do dalszych poszukiwań.

Dzien 14: Jezioro Atitlán, Gwatemala City
To nie była dobra noc. Czułam, że moje ciało odmawia posłuszeństwa. Zmusiłam się do przełknięcia czegoś, zmobilizowałam swoje nogi, by zaprowadziły mnie nad brzeg jeziora Atitlán, gdzie wgramoliliśmy się na pokład niewielkiej łódki motorówki, wypchanej prawie wyłącznie przez lokalsów w kolorowych, ręcznie tkanych strojach.
Kiedy łódź ruszyła przed siebie, przecinając powstałe przez inne łódki niewielkie fale, zapomniałam o chorobie. Zapomniałam nawet o całym świecie! Jezioro Atitlán, nie bez powodu nazywane jednym z najpiękniejszych jezior świata, okazało się moim najlepszym lekarstwem!
Więcej o cudownym jeziorze Atitlan przeczytacie tutaj.
Kiedy wróciliśmy do Panajachel, zrobiliśmy to, czego już nauczyliśmy się w Ameryce Środkowej – o połączenia między miastami zapytaliśmy w recepji naszego hotelu. I tym razem nie zawiedliśmy się, w dobrej cenie i niedługim czasie oczekiwania udało nam się dostać dwa miejsca w busie relacji Antigua – Gwatemala City. Wróciliśmy na noc do stolicy kraju.
Nie udało nam się zwiedzić stolicy Gwatemali. Nasz bardzo młody kierowca niezbyt dobrze radził sobie z nawigacją, dlatego musieliśmy nadrobić ponad godzinę drogi. Dotarliśmy na miejsce już po zachodzie słońca i przezornie postanowiliśmy udać się od razu do hotelu.
Nocleg: Mi casa, tu casa. Nocleg okazał się zimnym rozczarowaniem, z lodowatą wodą pod prysznicem, choć na zdjęciach prezentował się doskonale. Jego zaletą była natomiast spacerowa odległość od lotniska.
Jak zwykle, na zakończenie przeczytajcie 35 ciekawostek o GWATEMALI.

Dzień 15: Valladollid – Meksyk, Cenoty
Spacerem rano dotarliśmy na lotnisko, skąd wylecieliśmy do Meksyku, a dokładnie do Cancún. To nasz ostatni kraj podczas tej latynoskiej podróży.
Od razu po przylocie wynajęliśmy auto, którym objechaliśmy Półwysep Jukatan. Omijaliśmy te najbardziej turystyczne miejsca, z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę.
Naszym celem pierwszego dnia w Meksyku było urocze Valladollid — jedno w licznych Pueblos Magicos, czyli Pueblos Magicos – stworzona przez Sekretariat Turystyki Meksyku lista miasteczek, które oferują odwiedzającym wyjątkowe przeżycia ze względu na ich naturalne piękno, bogactwo kulturowe, tradycje, folklor, znaczenie historyczne, kuchnię, rzemiosło artystyczne i wspaniałą gościnność.
Jechaliśmy przez środek Jukatanu, co już samo w sobie było ciekawą przygodą. Wystarczy zerknąć na mapę tej części Meksyku, aby przekonać się, że droga łącząca oba te miasta jest nad wyraz prosta. Mało tego, jest też bardzo nudna, bo na poboczach nie dzieje się prawie nic. O czujność mojego kierowcy dbały gęsto rozsiane progi zwalniające.
Aby zabić nieco monotonię jazdy, jeszcze przed Valladollid zatrzymaliśmy się w cenocie Sac Aua. Cenoty to coś, co bardzo chciałam zobaczyć odkąd tylko usłyszałam o ich istnieniu. Gdy więc ujrzałam jedną z nich pod ziemią, omieniałam z zachwytu. Ta Sac Aua była cudowna jeszcze z jednego powodu: nie była zbyt znana i mogliśmy liczyć tu na kameralne spotkanie z tym cudem natury.
W dalszej części dnia odwiedziliśmy jeszcze jedną cenotę — San Lorenzo Oxman. O niej i innych cenotach na Jukatanie przeczytacie więcej w tym wpisie.
Orzeźwieni zimną wodą, szczęśliwi niczym dzieci, dotarliśmy do Valladollid. Zwiedzanie miasteczka zostawiliśmy na kolejny dzień, a tymczasem udaliśmy się na pierwszy właściwy meksykański posiłek. Więcej nie potrzeba nam było do szczęścia.
Nocleg: Sac Ek Hotel
Restauracja: Restaurante Flor Campestre San Juan. Palce lizać!

Dzień 16: Cenoty, Chichén-Itzá
O samym Valladollid, w którym kolejnego ranka wybraliśmy się na spacer, mogę powiedzieć tyle: miasteczko i jego uliczki są tak piękne, kolorowe i klimatyczne, że mogą robić za atrakcję – odkrywanie pięknych budynków, ozdobnych fasad, okien i ścian zapiera dech w piersiach.
Tego ranka nie było długiego porannego wylegiwania się w prawie wygodnym łóżku, nie tylko z powodu Valladollid, bo planowaliśmy odwiedzić tę najsłynniejszą i najbardziej instagramową cenotę na Jukatanie — Cenota Suytun. O czym należy pamiętać, odwiedzając to miejsce, pisałam więcej tutaj.
Jako że zdecydowaliśmy się przeżyć ten dzień jak typowi turyści w Meksyku, postanowiliśmy też odhaczyć kolejny z Siedmiu Nowych Cudów Świata – Chichén-Itzá. Jak było? Uczciwą relację zawarłam w tym wpisie.
W Chichén-Itzá zeszło nam mniej czasu, niż zakładają przewodniki turystyczne, dlatego pełni sił ruszyliśmy do mety latynoskiej podróży — Laguna Bacalar. Kilka godzin za kierownicą, gorączkowe poszukiwania czegoś do jedzenia, w końcu i stacji benzynowej, kilka niespodzianych progów zwalniających, przed którymi mój kierowca nie do końca w porę wyhamował nasz wynajęty wóz — to tylko niektóre z atrakcji w drodze do miasteczka Bacalar. Zmęczyła nas ta trasa i nie mogliśmy doczekać się relaksu nad turkusową laguną.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce już zdążyło zajść, dlatego skupiliśmy się wyłącznie na jedzeniu i wznoszeniu toastów, że cel naszej podróży został bezpiecznie i planowo osiągnięty.
Nocleg (2 noce): Alma de Zorro
Restauracja: Punta Corcho Bacalar. Kolejne mocne 5 na 5!

Dzień 17: Laguna Bacalar
Laguna Bacalar pokrzyżowała nasze plany. Na etapie planowania podróży nie natknęłam się nigdzie na informację, że Laguna w ciągu każdego tygodnia ma jeden dzień wolny, aby się zregenerowała. Dzień ten przypadał właśnie na TEN NASZ planowany.
Początkowa byliśmy załamani, bo droga tutaj zajęła nam kilka męczących godzin. Nie mieliśmy też zbyt dużo czasu, aby zostawać tu na kilka dni. Ale całkiem sprytnie i ciekawie udało nam się rozwiązać tę niedogodność. Jak? Laguna Milagros oraz Los Rápidos. Jeśli chcecie poznać, co znaczą te tajemnicze nazwy — kliknijcie tutaj.
Resztę dnia spędziliśmy szwendając się uliczkami miasteczka Bacalar. Bo Bacalar to nie tylko laguna, ale także miasteczko. I to nie byle jakie, bo wpisane na listę Pueblos Magicos, czyli magicznych meksykańskich miasteczek. Mnóstwo murali, kameralnych uliczek i przepiękny Fort San Feliepe, którego historia sięga XVI wieku.
Nie zabrakło też delektowania się meksykańskich przepysznym jedzeniem oraz mezcalem. Ponoć kto odwiedził Meksyk, a nie kosztował mezcalu, tak naprawdę wcale w Meksyku nie był! – tak przynajmniej twierdzą miejscowi.
Restauracja: Los de Atlixco. Wróciłabym tu nawet dzisiaj!

Dzień 18: Laguna Bacalar, Cancún
Pierwszą część dnia spędziliśmy na robieniu tego, czego nie udało nam się w dniu poprzednim, czyli udaliśmy się na rejs jachtem po zapierającej dech w piersiach Lagunie Bacalar. Były pirackie opowieści, był poczęstunek, były skoki do wody, a także obserwacja ptaków i cenot.
Zmęczeni, ale jakże usatysfakcjonowani, że jednak udało nam się poznać Lagunę Bacalar na własnej skórze i nawet w niej popływać, z zapasem meksykańskich przekąsek ruszyliśmy w drogę powrotną do Cancún. Nie obyło się bez korków i chwil grozy. Tym razem jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, ale zamiast turkusu falującej wody spoglądaliśmy na okazałe molochy — luksusowe hotele, wille i apartamenty, rozsiane między Tulum a Cancún. Na swój nocleg wybraliśmy jednak coś zdecydowanie mniej luksusowego, ale interesującego i ekstrawaganckiego — kapsuły. Jeszcze kolacja, oczywiście w stylu full meksykańskim i mogliśmy wracać do Europy.
Nocleg: The Yellow Capsule
Restauracja: Restaurante Flor de Lis

Dzień 19: Cancún
Plan na ten dzień był prosty: zjeść ostatni pyszny meksykański posiłek, zakupić zapas tequili i salsa verde dla najbliższych, spakować się, oddać samochód i wrócić do Europy.
Poszło nam na tyle sprawnie, że w drodze do lotniskowej wypożyczalni udaliśmy się jeszcze na przejażdżkę po Cancún. To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że luksusowe hotele all inclusive to zdecydowanie nie nasza podróżnicza bajka. Wyczerpani tak intensywną podróżą, ale jakże szczęśliwi i naładowani pozytywną energią wróciliśmy do Europy po to, by zaplanować kolejne światowe wojaże.
Na zakończenie, już według zwyczaju, zapraszam Was na 40 ciekawostek o MEKSYKU.
Dajcie znać w komentarzu, jak podobał Wam się mój plan podróży po Ameryce Środkowej. Jakie są Wasze doświadczenia z tej części świata? Co byście dodali?





